Powrót do strony głównej. Powrót do poprzedniej strony.
Santiago de Chile
Miejskie klimaty
Santiago de Chile - miasto, które zadziwia. Tym bardziej, że nasze pierwsze spotkanie z nim następuje w Nowy Rok, gdy wszyscy odsypiają całonocne szaleństwa. Wymarłe ulice, worki śmieci czekające na służby miejskie, wygrzewające się na słońcu psy, z rzadka przejeżdżające samochody. Witryny sklepowe szczelnie zasłonięte roletami - przed otwarciem nie dowiemy się, jakiego rodzaju asortyment oferują, ani w jakich godzinach są czynne.
Centrum miasta jest bez wyrazu - gdyby nie palmy, to można byłoby je przenieść w dowolne miejsce w Europie. Wokół wieżowce, nowoczesna architektura, mężczyźni na ulicach w garniturach, kobiety wyglądają jak stewardesy. Zaskoczeniem są telefony rozmieszczone gęściej niż latarnie i pucybuci wzdłuż śródmiejskich deptaków. Mimo że miasto jest najstarsze w Chile, założone w 1541 roku, nie ma starego Santiago, jako zwartej dzielnicy, gromadzącej cenne zabytki i chronionej przed nowoczesną zabudową. Pewnie wynika to z braku instytucji konserwatora zabytków, który zabroniłby budowy ponurego blokowiska tuż obok najstarszych domów w mieście.
Oczywiście nie oznacza to, że nie ma w centrum Santiago nic ciekawego do zobaczenia. W miejscu, w którym kiedyś stanęły pierwsze zabudowania, dziś znajduje się zaskakujące zbiorowisko pamiątek - Santa Lucia. Jest to ufortyfikowane wzgórze, z piękną fontanną Neptuna u stóp, z przylegającą galerią sztuki indiańskiej, na którym oprócz pomnika Indianina można znaleźć tablicę upamiętniającą Karola Darwina i mozaikę związaną z chilijska noblistką, poetką Gabrielą Mistral. Najstarszy kościół i klasztor, założony w 1554 przez franciszkanów, mieści obecnie muzeum sztuki kolonialnej. Monumentalny osiemnastowieczny pałac La Moneda, zbombardowany przez podległe generałowi Pinochetowi lotnictwo w 1973 roku podczas zamachu stanu, odbudowany w 1981 roku, niedawno wrócił do roli siedziby prezydenta.
Zaskakuje nas budynek ze zdobną fasadą, w którym przez okna na piętrach zamiast sufitów dostrzegamy niebo - składa się on tylko z zewnętrznych ścian. Także w centrum przechodzimy obok kościoła podpartego drewnianymi belkami. Okazuje się, że budynki te są ofiarami poprzedniego trzęsienia ziemi, co do których władze miasta nie mogą się zdecydować, czy je rozebrać czy poczekać, aż rozpadną się same. To drugie jest o tyle prawdopodobne, że jak powiedzieli nam miejscowi, trzęsienie ziemi zdarza się tu średnio co 10 lat, a ostatnie było 14 lat temu. Niektórzy uważają, że dziwne zachowanie zwierząt domowych jest pierwszym sygnałem ostrzegawczym przed nadchodzącym kataklizmem, jednak nie wpadamy w panikę na widok nietypowych kotów.
A jednak Latynosi
Zupełnie odmienny niż w centrum klimat można znaleźć w dzielnicy Bellavista, po drugiej stronie rzeki Mapocho. Ulubione miejsce artystów, przyciąga zacisznymi uliczkami z otoczonymi zielenią willami w wesołych kolorach. To tutaj kolejny chilijski poeta, też noblista, Pablo Neruda, wybudował dom dla ukochanej Matyldy. La Chascona to jeden z trzech domów Nerudy w Chile, udostępnionych do zwiedzania, prezentujących niebanalną osobowość ich twórcy, przyciągających wielbicieli poezji i architektury.
Ta spokojna na co dzień dzielnica zmienia się całkowicie w weekendowe noce, gdy na ulice wychodzą tłumy młodych ludzi. Mimo że są uważani za Niemców Ameryki Południowej, bawią się jak wszyscy Latynosi, szczególnie chętnie skupiając się wokół zespołów muzycznych, zaopatrzonych w różnego kalibru bębny. Na chodnikach handlarze starzyzną rozkładają swoje skarby, oświetlając je świecami. Nie ma ich tylko tam, gdzie na chodniki wystawiane są stoliki z niezliczonych kawiarni i restauracji, przy których stoją sympatyczni kelnerzy, przekonujący, że z myślą o tym właśnie lokalu wyszliśmy z domu. Ciasnocie na chodnikach niewiele ustępuje ciasnota na ulicach - samochody krążą poszukując wolnego miejsca do parkowania, albo dzieciaka-przewodnika, który je wskaże za drobną opłatą.
W ciągu dnia widoki zbliżone do naszych wyobrażeń o Ameryce Południowej można dostrzec bliżej dworców kolejowego i autobusowego - uliczni handlarze, bezdomne psy, niska zabudowa, odrapane ściany. Wszyscy wokół zarabiają, jak tylko można. Wzdłuż głównej ulicy, tzw. Alamedy, na płachtach leży różnoraki towar, od kaset i okularów słonecznych przez bieliznę do słodyczy i przedłużaczy - dla takich handlarzy nie ma już miejsca w bankowych dzielnicach. Tylko wieczorami próbują tam wrócić, stosując różne systemy ostrzegania przed patrolami policji. Docieramy też do interesującego budynku - Mercado Central, w którym zagościł znany w całym mieście targ rybny, otoczony restauracjami o różnym standardzie, oferującymi oczywiście różne potrawy z wszelkich owoców morza. W założeniu budynek ten miał być pałacem sztuki, ale widocznie nie potrzeba aż tylu instytucji kulturalnych w Santiago.
Z pędzących Alamedą autobusów wyskakują ludzie z tekturowymi pudełkami w rękach - to sprzedawcy zimnych napojów i lodów, którzy są wszędzie tam, gdzie mogą znaleźć klientów, na przykład w następnym autobusie. Alameda, oficjalnie nosząca imię ojca narodu, Bernarda O'Higginsa, robi szczególne wrażenie - po pięć pasów w każdą stronę, między nimi zadbany park, pełen pomników, palm i zakochanych par na trawnikach.
Szybko, coraz szybciej
Manana to zjawisko typowe dla Ameryki Łacińskiej. Jest to niezrozumiała dla większości Europejczyków filozofia "Każdy problem sam się rozwiąże, ale dopiero jutro, dzisiaj nie ma się o co martwić". Przy takim podejściu do świata zadziwiające jest panujące w Santiago tempo życia - wszyscy się śpieszą.
Poza takimi szczególnymi dniami jak Nowy Rok ulice są pełne ludzi. Może o tym świadczyć tak prozaiczna sprawa, jak dzieci noszone na rękach. Wózek w tym tłoku tylko by przeszkadzał.
Kiedyś po Santiago jeździły tramwaje, ale okazały się zbyt powolne i zlikwidowano je na rzecz dodatkowych linii autobusów. A te autobusy to zjawisko, którego nie można zapomnieć - stare żółte mercedesy, z daleka zniechęcające przybyszów do jeżdżenia po Santiago samochodem, zwłaszcza własnym. Na Alamedzie na jednym z przystanków naliczyliśmy 25 różnych linii, a kilkanaście metrów dalej 20 następnych. Z pięciu jej pasów dwa prawe przeznaczone są tylko dla żółtych potworów, a na trzecim mają pierwszeństwo. Jak w takich warunkach skręcać w prawo?! Na wąskich uliczkach odchodzących od głównej arterii są rejony, w które samochodom prywatnym nie można wjeżdżać i które w dni robocze są szczelnie wypełnione autobusowo-taksówkowymi kolorami - żółtym i czarnym.
Autobusy zatrzymują się na przystankach ale i w zupełnie nieprzewidywalnych miejscach, choćby na środku skrzyżowania - skoro ktoś ma życzenie tutaj wsiąść, a co ważniejsze - zapłacić za bilet, to jego życzenie zostanie spełnione, wszak od ilości sprzedanych biletów zależy zarobek kierowcy. O ile nie stoją w korku, obserwatorowi z zewnątrz ich prędkość wydaje się szarżowaniem na granicy zdrowego rozsądku, pasażer to wie na pewno - odważniejsi z nas to sprawdzili. Jedynym powodem, dla którego kierowcy mogą zwolnić, jest informacja od sekundanta, że tuż przed nimi jest kolega z tej samej linii - on zabierze czekających już pasażerów, więc należy poczekać, aż zbiorą się następni. Sekundanci spędzają cały dzień na ulicach, notując czasy przejazdu poszczególnych autobusów każdej linii, ale za to otrzymują procent od zysku kierowcy. Żadna praca nie hańbi.
Oczywiście nie trzeba korzystać z autobusów, są jeszcze taksówki, w części pozbawione liczników. Można też wybrać cos pośredniego - taxi collectivo, czyli taksówkę, którą można jechać razem z przypadkowymi współpasażerami, dzieląc się kosztami. Dla ułatwienia collectivos kursują po stałych trasach, które maja wypisane na widocznych z daleka szyldach.
A czyste powietrze...
Na szczęście dla osób nieprzyzwyczajonych do takich podróży można skorzystać z metra. Różni się ono od metra widywanego w europejskich metropoliach, konstrukcyjnie jest czymś na kształt podziemnego elektrycznego autobusu, ale zapewnia standardowy spokój i komfort jazdy. W godzinach szczytu oczywiście jest tłoczno, mimo specjalnie dostosowanych wagonów o zwiększonej ilości miejsc stojących, ale pociągi kursują bardzo często.
W wielu miejscach miasto jest rozkopane - budowane są następne linie metra. Nie tylko z powodu tempa życia pasażerów. Trzeba redukować ilość samochodów poruszających się po mieście, bo smog jest poważnym problemem. Nam się wydaje, że samochodów jest dużo, a tymczasem dowiadujemy się, że trafiliśmy na okres, kiedy nie obowiązują ograniczenia w ruchu pojazdów prywatnych. Poza wakacjami, wieczorem w telewizji podawane są informacje, które samochody nazajutrz maja przymusowy postój (określane według ostatnich cyfr numerów rejestracyjnych).
O skali zanieczyszczeń świadczy fakt, że tylko raz udaje się nam zobaczyć ze wzgórza Santa Lucia góry otaczające Santiago - w Nowy Rok, w każdy inny dzień musimy wierzyć przewodnikom na słowo. Za to 60 kilometrów na północ, w Parku Narodowym La Campana, po zdobyciu góry o tej samej nazwie (1880 m npm), można zobaczyć zarówno Ocean jak i szczyt najwyższej góry Ameryki - Aconcagua.
Niespodzianki
Wiele rzeczy w życiu codziennym Chilijczyków nas zadziwia.
Jak na "całym świecie" w okresie świąteczno-noworocznym wokół nas pełno jest ozdób choinkowych i świętych Mikołajów w czerwonych kubraczkach, ciut za ciepłych jak na panujące właśnie lato. Jednak po dłuższej chwili uświadamiamy sobie, że ten wystrój występuje tylko w dużych sklepach i nastawianych na międzynarodowa klientelę hotelach. Natomiast zupełnie lokalny charakter mają szopki w kościołach - wszystkie zwierzęta dziwnie przypominają lamy, a w tle zamiast oczekiwanego przez nas śniegu - bujna zielona roślinność.
Spotykamy też inne przejawy globalizacji - przy Ahumadzie i Huerfanos, zwanymi przez nas - krakusów - Floriańską, nie może zabraknąć McDonald's i Pizza Hut. W dodatku dowiadujemy się, że najpopularniejszym wśród Chilijczyków daniem jest completo, czyli hot-dog. Można to dostać wszędzie, nawet na kolacji u znajomych. Przypada nam do gustu empanada, czyli pieróg wielkości drożdżówki, pieczony lub smażony, z mięsem, z żółtym serem lub na słodko. Ci, którzy nie chcą ryzykować z nowościami, przekonują się, że hamburgesa to tylko namiastka hamburgera.
Długo przyzwyczajamy się do chilijskich bułek, kupowanych na wagę i połowę tańszych od chleba. Dla nas zaskoczeniem jest to, że dwie takie bułeczki z kawałkiem sera i odrobiną dżemu uważane są za bardzo dobre śniadanie, nasi gospodarze szeroko otwierają oczy na widok sardynki w sosie pomidorowym o poranku. Wszędzie króluje kawa rozpuszczalna, typowy zestaw w hotelowej jadalni stanowi cukierniczka, podobny pojemnik z kawą, herbata ekspresowa i termos z wrzątkiem - każdy pije, co chce.
A pije się dużo - w mieście jest bardzo gorąco. Czy w zimie czy w lecie - średnie temperatury wahają się pomiędzy 10° C, a 30° C. Z jednej strony tutejsze warunki klimatyczne wymagają pracy wielu ludzi przy pielęgnacji zieleni, z drugiej - pozwalają na takie ekstrawagancje, jak niezadaszony ogród w środku mieszkania - między salonem a kuchnią. Dobrze, że braki w hiszpańskim nie pozwoliły nam na zadanie na wstępie pytania, czy śnieg nie szkodzi cytrynom tam rosnącym. Jak się później dowiadujemy, deszcz pada tu na tyle rzadko, że ostatnio - 4 lata temu - gdy spadł w nocy, najbardziej zachwycone mieszczuchy w pidżamach biegały po kałużach. A co dopiero mówić o śniegu? Są w Santiago takie osoby, które nigdy nie wyjeżdżały poza Dolinę Centralną, więc znają go tylko z telewizji.
Większość domów ma niespotykane u nas rozwiązania, typu przechodnie pokoje i pokręcone korytarze tworzące prawdziwe labirynty, okna w płaskim dachu nad przedpokojem, czy ślepe sypialnie. Najpierw wydaje się nam, że ten przygnębiający niektórych standard wynika z wybierania najtańszych hoteli, ale to samo spotykamy w prywatnych domach, też poza miastem. Okno widocznie nie jest najistotniejsze w życiu Chilijczyka.
Ludzie pracy
Istotna jest praca, od najmłodszych lat. Uczniowie zgłaszają się do supermarketów, żeby w wolnym od szkoły czasie móc pomagać przy pakowaniu zakupów. Sklep zapewnia tylko firmowe ubrania, cały zarobek "pakowacza" to napiwki. Poza tym można handlować, wszystkim i wszędzie, gdzie zetknięcie z policją nie niesie za sobą problemów. Oczywiście obnaża to słabości chilijskiej gospodarki, której rozkwit nie obronił społeczeństwa przed typowo latynoskim rozwarstwieniem. Ale patrząc na to z innej strony - po powrocie do Krakowa brakuje chwilami możliwości kupienia precla bez wysiadania z autobusu czy tramwaju. Podobno wszyscy ci sprzedawcy lodów, napojów, wypieków podlegają skrupulatnym kontrolom sanitarnym, więc korzystanie z ich usług nie jest niebezpieczne dla zdrowia. Mniej kontrolowani są klienci supermarketów, którzy chyłkiem między półkami wyjadają jogurty, ciastka, popijają soczkami, widzieliśmy nawet puste opakowania po krojonej wędlinie. Trudno w to uwierzyć, zwłaszcza gdy dostrzegło się już zakres i rodzaj działania policji.
Ludzie w mundurach są wszędzie. Na ulicach i przy ważnych instytucjach - karabinierzy, w większych sklepach - strażnicy w różnych uniformach. Zastanawiające jest uzbrojenie, przypominające filmy o wojnie w Wietnamie, kamizelki kuloodporne motocyklistów i opancerzone samochody patrolowe. Ruchem ulicznym kierują elegancko wyglądające policjantki, bez broni, ale bardzo skuteczne. Nasi kierowcy nie mogli sobie wyobrazić tak poważnego traktowania policjantek na krakowskich ulicach. Być może tym tutaj pomaga siła instytucji, którą reprezentują?
Napotkani w różnych sytuacjach Chilijczycy są zgodni co do jednego - z karabinierami nie ma żartów. Oni nie zadają pytań, tylko działają i jako jedyni przełamali stereotyp skorumpowanych latynoskich policjantów. Dla nas jest to krótka lekcja ciemnych i jasnych stron demokracji kontrolowanej przez wojsko. Mundurowym każdy z obawą schodzi z drogi, nie muszą nawet włączać syreny, żeby ustąpiono im pierwszeństwa przy ruszaniu z parkingu, zaś wieczorami w zacisznej knajpce można się przekonać, jak bardzo tu się czeka na rewanż za czasy stanu wojennego. Z drugiej strony turyści z Europy czy Stanów Zjednoczonych, wracając tu z każdego sąsiedniego kraju, czują się jak w domu - wreszcie spokój i cywilizacja. A w pięciomilionowym Santiago można się obawiać co najwyżej utraty portfela lub lusterka przy samochodzie, co jak na taką metropolię nie jest dużym zestawem niebezpieczeństw.
Mimo tych wszystkich różnic w stylu życia, szybko przyzwyczajamy się do Santiago. Tym bardziej, że stanowi ono dla nas punkt początkowy i końcowy każdej wyprawy w głąb kraju, miejsce uzupełniania zapasów, rozwiązywania problemów, to tutaj spotykamy się z naszymi wiecznie uśmiechniętymi chilijskimi opiekunami. Gdy po pięciu tygodniach wracamy do domu, zadziwia nas śnieg na ulicach, odmienna numeracja domów, brak budek telefonicznych w zasięgu wzroku i powaga na twarzach przechodniów. powrót na początek strony
Ta strona mogła powstać dzięki uprzejmości
firmy Tytanet
Wszelkie
pytania i uwagi odnośnie wyprawy lub strony należy kierować do
Pawła Kwaśnika
Kraków XI 2000r.