Podróż na południe Chile
Południe Chile zwiedzały dwie osoby z naszej ekipy: Anita i Kwasek.
12 stycznia 1999
r. Zejście do Confluencji.
Tego dnia oddzielamy
się od reszty ekipy i schodzimy z Plaza de Mulas. Z naszą dwójką schodzi
też Michał, który od dłuższego czasu źle się czuł na wysokościach powyżej
4000 m n.p.m. Przed Confluencją dogania nas burza śnieżna. Widzimy, że
u góry zbierają się wielkie chmury - zbliża się załamanie pogody.
Przed spaniem starannie
okładamy namiot kamieniami (jak na bazie), ale w nocy wiatr nie chciał
wiać i w ogóle było ciepło.
13 stycznia. Powrót
do Santiago.
Koło południa dochodzimy
do bramy parku. Oddajemy worki ze śmieciami i jeszcze raz pokazujemy pozwolenia
na wejście. Przy bramie spotykamy Andresa - naszego mulnika. Poznaje nas
i od razu proponuje podwiezienie do Puente del Inka.
Na przełęczy spotykamy
czworo wrocławian - jutro ruszają do góry.
Chcemy się wykąpać
w gorących źródłach, ale pora nie jest odpowiednia - kręcą się tam teraz
tłumy ludzi...
Kupujemy kartki
z Aconcagua (płacąc dolarami) i czekamy na autobus do Santiago. Spóźnił
się o godzinę, ale nas zabiera. Cena biletu to 22 USD - tyle samo, co w
tę stronę. Wieczorem jesteśmy w stolicy Chile. Tutaj żegnamy się również
z Michałem - każdy ma swoje plany...
W hotelu nareszcie
można się porządnie wymyć i wyspać.
14 stycznia. Santiago.
Rano spotyka nas
pewna przykrość - krwotoki z nosa. Przez kilka najbliższych dni będzie
tak co rano...
Odbieramy z depozytu
nasze letnie ubrania i od teraz zachowujemy się jak turyści na wakacjach.
Spacerujemy po centrum, odwiedzamy wymarzoną pizzerię i w ogóle cieszymy
się z uroków cywilizacji.
W hotelu Caribe
spotykamy Niemców, którzy kilka dni temu też zeszli z Plaza de Mulas. Od
innych turystów dostajemy melona zalanego białym winem - taki eksperyment,
który przerósł twórców, ale oczywiście pomagamy w potrzebie...
15 stycznia. Santiago.
Rano na dworcu kolejowym
dowiadujemy się o pociągi, ale w ciągu doby jest ich tylko kilka, i żaden
nam nie pasuje - w ogóle kolej w tym kraju praktycznie nie funkcjonuje.
Zatem dowiadujemy się o autobusy na terminalu południowym.
W kawiarni internetowej
wysyłamy wiadomości do rodziny i korespondencję do Dziennika Polskiego.
Resztę dnia i część
nocy spędzamy z poznanymi Chilijczykami poznając uroki miasta.
16 stycznia. Wyjazd
na południe
Rano kupujemy bilety
na autobus, mimo, że w cenniku jest napisane 11.700, płacimy za nie 9.900
chilijskich pesos (w TurBusie często jest jakaś promocja). Ale okazało
się, że i tak mocno przepłaciliśmy - można było w konkurencji kupić bilety
za 6.000 CLP (dowiadujemy się o tym dopiero w Puerto Montt). Robimy zakupy
na kilka dni. Wieczorem wsiadamy do luksusowego autobusu i jedziemy do
Puerto Montt. Przed nami 14 godzin podróży.
17 stycznia. Dojazd
na Chiloé.
Noc spędzona w pozycji
półsiedzącej - nic przyjemnego. Rano dojeżdżamy do Puerto Montt - stolicy
X Regionu. Kupujemy bilety na dalszą drogę 2.800 CLP, do Castro - największego
miasta na wyspie Chiloé. Autobus jest trochę starszego typu niż ten z Santiago,
ale kierowca i konduktor nadal są bardzo uprzejmi i pod krawatami. Jedziemy
kolejne 4 godziny. Po drodze przeprawa na wyspę małym promem. W Castro
zaraz po wyjściu z autobusu dostajemy ofertę noclegu, ale mamy swoje plany.
Wg planu miasta z przewodnika - idziemy kawałek dalej na drugi terminal
i kupujemy bilet na kolejny autobus 1.000 CLP - jedziemy do Cucao, do Parku
Narodowego. Ten autobus to już chyba zabytek. Wszystko się trzęsie i skrzypi,
kierowca i konduktor już bez krawatów, ale nadal bardzo mili. Kawałek jedziemy
asfaltem, ale większość czasu po drogach tzw. utwardzanych; kierowca chyba
tego nie zauważył... Mimo zmęczenia nie możemy w tym autobusie usnąć -
w takich warunkach jest to raczej niemożliwe. Wreszcie po 2 godzinach wysiadamy
w Cucao.
Taak... gdzie my
jesteśmy? Miejscowość składa się z wielkiego ogrodzonego pastwiska na środku,
a do około są małe, niskie drewniane domki. Wyróżnia się tylko większy
kościółek z wieżą. Na jednej z tych drewnianych budek widnieje dumny napis:
Bus Terminal, a poniżej wypisane godziny odjazdu wszystkich czterech autobusów.
Wysiadających z
autobusu turystów otoczył zaraz tłumek wydzierających się dzieciaków. Wreszcie
jakoś się z nimi dogadujemy. Okazuje się, że w wiosce jest akurat remontowany
most i do parku po drugiej stronie rzeki można się dostać tylko łódką.
Za jednym z nich idziemy do łódki. Chłopaczek miał może 12 lat, ale umiał
wiosłować i szybko byliśmy po drugiej stronie - dostał od nas za to równowartość
dolara.
Dalej piaszczystą
drogą idziemy przez wioskę (oczywiście z wielkimi plecakami). Z prawie
każdego mijanego domku ktoś wychodzi i pyta, czy nie potrzebujemy noclegu,
ale dziś zaplanowaliśmy spać na campingu Conafu. Po piaszczystej drodze
nie idzie się za wygodnie, ale po kilkunastu minutach dochodzimy do bramy
parku. Jest już późno i na bramie w kasie z biletami nikogo już nie ma.
Idziemy dalej, szukamy budynków administracji. Rozpadał się deszcz, taka
raczej mżawka. Pierwszy raz od naszego wyjazdu z Polski (i ostatni, jak
się później okazało). W administracji rozmawiamy ze strażnikiem. Dowiadujemy
się, że camping Conafu jest nieczynny, musimy szukać miejsca na campingach
prywatnych. Oglądamy jeszcze wystawę dotyczącą wyspy, oraz film na video
opowiadający o przyrodzie i zwierzętach, które park chroni.
Kawałek dalej dochodzimy
do domu, przy którym jest wywieszona tablica informująca o campingu i innych
możliwych usługach typu: prysznice, śniadania. Właścicielka prowadzi nas
do ogrodu, a tam jest duża polana, podzielona na kwadraty, w każdym z nich
stoi stolik z ławeczkami, jest miejsce na namiot i ognisko. Dostępna jest
także drewniana wiata, osłaniająca od deszczu i wiatru. Dla turystów jest
też dostępnych kilka toalet i pryszniców. Cena noclegu to równowartość
dwóch dolarów za osobę. Rozbijamy się, robimy kolację (wreszcie!) i podziwiamy
kręcące się po okolicy ptaki. Niektóre wyglądają jak skrzyżowanie sowy
z orłem, a inne jak szpaki, tylko że wielkości kury. Są niesamowite. Do
ciekawych zjawisk zaliczamy również wielkie paprocie, których wąskie listki
są zwinięte w rurki.
Obok nas mają swój
namiot jacyś hiszpańskojęzyczni turyści, chyba są z Argentyny, przynieśli
nam trochę swojej kolacji do spróbowania... Chłopak wyjaśnia nam, że w
menażce są świeże małże, które dopiero co zebrali z plaży i są zalane sokiem
cytrynowym ze świeżych cytryn i że nie musimy się o nic obawiać. Anitka
ostrożnie próbuje, ale zachwycona nie jest. Natomiast ja po krótkim wahaniu
konsumuję podarunek, w końcu oni też to jedzą. Nie było to takie złe, ale
dobrze, że był ten sok z cytryn...
Do godz 22 wypisujemy
kartki przy stoliku. Do tej godziny jest widno - a jest styczeń!
18 stycznia. Wyspa
Chiloé.
Po śniadaniu idziemy
przez park do miejscowości Cola-Cola. Rano niebo jest mocno zachmurzone,
ale szybko się przejaśnia i robi gorąco. Początek naszej drogi prowadzi
przez wioskę (po tym okropnym piachu). Mijamy małe, kolorowe, drewniane
domki. Co jakiś czas prywatny camping. Przechodzimy też obok kolorowego
drewnianego kościółka - na tej wyspie w każdej, najmniejszej nawet osadzie
jest jakiś mały kościółek - taka kultura.
Z mostku, przez
który przechodzimy, widać już morze - ocean właściwie. Zabudowania zostawiliśmy
za sobą, teraz idziemy drogą pomiędzy wielkimi, sztywnymi "łopianami".
Są wysokie na metr, a łodyga jest grubości ludzkiego ramienia. Na naszych
plecakach, zwabione kolorem siadają ponad dwucentymetrowe, grube muchy.
Oglądamy je z zainteresowaniem - jeszcze...
Piaszczysta droga
zbliża się do oceanu i przekształca w regularną plażę. Podchodzimy pod
sam brzeg, żeby iść dalej po trochę twardszym podłożu. I tak nie jest to
szczególnie przyjemne. Na piasku leżą ogromne ilości muszli różnych kształtów
i rozmiarów. Anitka, z zachwytem dziecka, zbiera co ciekawsze okazy. Po
paru chwilach ma już pełne ręce i czapkę i nie może podnosić kolejnych,
a bardzo chce! I złości się jak dziecko... ;-) Oprócz muszli na piasku
jest pełno "starych" pancerzy krabów i długich wodorostów.
Po kilkudziesięciu
minutach maszerowanie plażą staje się nudne. Napatrzyliśmy się już na fale,
wszelkich kształtów i wielkości. Na ptaki, które podnoszą z piasku jakieś
żyjątka, które nie zdążyły dobiec (dopełznąć?) do morza razem z powracającą
falą... Na kraby, zakopujące się w piachu. Wszędzie tylko piasek i woda,
woda i piasek. Postanawiamy iść jeszcze godzinę, a potem wracać. Do Cola-Cola
i tak nie dojdziemy, bo jest daleko (ok. 20 km od bramy parku). Prawie
po tym czasie dochodzimy do skał sięgających morza, za którymi jest malownicza
zatoka. Robimy bardzo atrakcyjne zdjęcia. Niestety, jest tu pełno tych
wielkich much, które teraz gryzą i nie są już tak interesujące. Organizujemy
sobie gałązki/miotełki i praktycznie przez resztę dnia bez przerwy opędzamy
się nimi od tych okropnych much. Dopiero teraz znajdujemy w przewodniku
notatkę, że wybierając się na tą wyspę warto zaopatrzyć się wcześniej w
jakiś dezodorant lub krem przeciw owadom....
Wracamy na camping.
Co nas podkusiło, żeby iść tą plażą taki kawał drogi? Wracamy i wracamy,
piasek i piasek, coś okropnego! Z mijanymi turystami wymieniamy tylko minimum
uprzejmości, idziemy jak najszybciej, byle skończył się ten koszmar (i
jeszcze te muchy...).
Przechodzimy obok
rybaka, który stojąc na plaży, rzuca do morza przynętę na długiej, grubej
żyłce. Rzuca i zaraz wyciąga, coś tam zakłada - rzuca i wyciąga, a za każdym
razem na końcu żyłki jest duża ryba. Ma ich już koło siebie kilkanaście...
To dopiero ciekawostka.
Idąc już przez wieś,
skręcamy z piaszczystej drogi w głąb wyspy. Poprzez krótką, głęboką dolinę
dochodzimy do malowniczego jeziorka. Jest to jezioro polodowcowe, w jego
okolicy chyba nic się nie zmieniło od czasów lodowca...
Wieczorem idziemy
jeszcze na ścieżkę edukacyjną przygotowana dla turystów. Ścieżka oprowadza
po wiecznie zielonym lesie typu Tepual (nazwa lasu pochodzi od nazwy drzew,
jakie tu rosną - La Tepa). Las jest bardzo gęsty i oczywiście zielony.
Takie zagęszczenie drzew, drzewek, krzaków itp. jest w polskich lasach
niespotykane. Wąska dróżka, po której idziemy musiała tu zostać wycięta
chyba piłami łańcuchowymi. W tym lesie, oprócz mnóstwa różnych ptaków,
nie występują inne zwierzęta takie jak np.: lisy - nie mogłyby się w nim
po prostu poruszać. Ścieżka na ok. 700 m długości i w większości idzie
się po niej przez drewniane kładki. Korzenie drzew La Tepa są bardzo rozłożyste
i tworzą żywy pomost kilkadziesiąt centymetrów nad poziomem ziemi. Na tym
żywym pomoście jest dopiero ściółka i w ogóle on jest podstawą lasu. A
pod spodem, szczelnie osłonięte od słońca znajduje się bagno - wielki magazyn
wody dla wszystkich roślin. Takie to sprytne! Co jakiś czas przy ścieżce
są tabliczki, opisujące jakieś występujące w danym miejscu zjawisko.
Cały czas idzie się w pokręconym, zielonym tunelu. Jest to przyjemna odmiana
po dniu spędzonym na plaży...
"Nasz" camping zagęszcza
się. Spotykamy m.in. Holendrów (którzy trochę mówią po polsku...).
19 stycznia. Castro.
Rano idziemy
na jeszcze jedną trasę edukacyjną. Tym razem trafiamy do lasu na wydmach.
Drzewa, a właściwie duże krzaki, również tworzą zielony dach. Ciekawostką
jest to, że zielone są tylko liście na górze tego dachu, te które mają
dostęp do słońca. Liście pozbawione promieni słonecznych usychają, zostawiając
po sobie tylko szare, poplątane, gołe gałęzie. Las jest poprzedzielany
dużymi połaciami piasku na którym rosną tylko wielkie sztywne "łopiany"
i jakieś kolczaste, poskręcane trawy. Tworzy to wszystko ciekawe kontrasty.
Zwijamy namiot i
idziemy do administracji parku. Chcemy kupić jakieś mapy, foldery czy prospekty
o parku czy chociaż o tych lasach. Ale niestety. Administracja nie posiada
jakichkolwiek materiałów na ten temat! Pytamy się, czy może w Castro albo
w Santiago - nic z tego. Conaf nie wydaje żadnych książeczek czy albumów
na temat swoich parków. Tylko kiepskiej jakości ulotki, które kupiliśmy
siedzibie Conafu w stolicy... Tym nas rozczarowali.
Przed Cucao, oczywiście
czeka nas przepłynięcie rzeki łódką. Tym razem, nasz przewoźnik jest jeszcze
młodszy i jeszcze chudszy. Pomagam mu odbić od brzegu, bo mimo usilnych
starań sam nie dał sobie rady... Ale z wiosłami sobie nawet radzi.
Akurat trafiliśmy
na... autobus (tak, to chyba jednak był autobus...). Konduktor upycha plecaki
z tyłu na siedzeniach, ale wracających turystów jest tak wielu, że z niechęcią
chowa część do bagażnika. Ruszamy. Straszliwie trzęsie na tych "utwardzanych"
drogach. Wszystko skrzypi, i podskakuje na wybojach. Konduktor często wychyla
się przez okno i patrzy do tyłu... Po którymś, większym podskoku na jego
polecanie zatrzymujemy się i cofamy. Konduktor wysiada, zbiera rozsypane
plecaki, chowa je jeszcze raz do bagażnika i już jedziemy dalej... Może
to trochę egoistyczne, ale cieszymy się, że nasze plecaki są przygniecione
gdzieś w środku na siedzeniach.
Jesteśmy w Castro.
Spacerujemy z wielkimi plecakami po centrum, a każde dziecko musi do nas
podbiec lub podjechać na rowerze i spytać się, czy nie potrzebujemy noclegu.
Zastanawia mnie, jak one bezbłędnie rozpoznają, kto jest przyjezdnym, a
kto miejscowym... Ale jesteśmy nieugięci. Mamy zamiar nocować dziś w tanim
schronisku młodzieżowym. Adres mamy oczywiście z przewodnika. Schronisko
jest faktycznie bardzo tanie i bardzo skromnie urządzone (np. jedyny pokój
służący do spania nie ma drzwi w futrynie...). Ale to tylko jedna noc.
Zostawiamy w zamykanym schowku bagaże i idziemy "na miasto".
Jak prawdziwi turyści
chodzimy po rynku (pod pojęciem rynku, użytym w tym kontekście, należy
rozumieć centralny punkt danej miejscowości; we wszystkich miastach, w
jakich byliśmy w Chile, rynek wyglądał tak samo tzn. kwadratowy park z
ozdobnymi drzewami, na środku którego obowiązkowo była fontanna). W Castro
"obfotografowujemy" dokładnie kościół św. Franciszka - duży, drewniany,
pomarańczowo-niebieski. Ciekawa budowla. Trafiamy również na punkt widokowy,
z którego podziwiamy spory kawałek okolicy. Miasteczko to jest położone
na wzgórzu i jest bardzo malownicze. Uliczki są wąskie (jednokierunkowe),
gęsta, drewniana, parterowa zabudowa i każdy domek w innym kolorze. Nie
możemy też opuścić największej atrakcji wyspy Chiloé i idziemy obejrzeć
z bliska (i sfotografować) palafity - domy na palach, zbudowane nad wodą.
Faktycznie, warto to zobaczyć. Palafity tworzą specyficzne osiedle, które
kiedyś było rybackie (mieli blisko do pracy :-) ), a teraz jest opisywane
w każdym przewodniku czy albumie o Chile.
Po zakupach w supermarkecie
(aż dziwne, że w tak stosunkowo małej miejscowości jest taki duży sklep)
idziemy na deptak wzdłuż nabrzeża. Schodzimy bardzo stromymi uliczkami.
Dróg o taaakim nachyleniu na pewno u nas nie ma! Na deptaku trafiamy na
typowe pułapki na turystów. Kawiarenki, lodziarnie, pizzerie, stoiska z
tysiącami pamiątek i restauracje kuszące wymyślnymi potrawami. W jednej
z nich decydujemy się na lokalny specjał - Curanto, potrawę wychwalaną
w każdym przewodniku. Nie jest tanie, ale raz się żyje (i tak kupujemy
jedno Curanto na dwoje...). Żeby posiłek zrobić jeszcze bardziej symbolicznym,
wybieramy restaurację na palach. Z okna widać wodę, swobodnie przepływającą
kilka metrów pod nami. Z pewnym niepokojem oczekujemy na podanie jedzenia,
nie będąc do końca pewnym, co kryje się pod słowami z przewodnika "różne
rodzaje mięs i owoców morza". Wreszcie dostajemy na stół wielką, drewnianą
miskę pełną... dymiących muszli. Taak... śmiać się czy płakać, uciekać
od razu czy jeszcze poczekać... Dostaliśmy też talerze i sztućce, oraz
dwa rodzaje sosów. Ale trudno, w końcu zapłaciliśmy... Muszle, z gotowanymi
małżami w środku, są lekko otwarte. Dają się rozłamać na dwie części. Wykonując
skomplikowane manewry nożem i widelcem udaje się jakoś nabić pierwszy kawałek...
No, nie takie złe. Da się zjeść. A jeszcze polane sosem, to nawet zaczynają
smakować. Najtrudniej zacząć. W tej wielkiej misce dostaliśmy: trzy
rodzaje gotowanych małż (tylko jedne z nich były trochę gumiaste), kawałki
kurczaka, parówki, żeberko, duże kluski-pyzy i dużego ziemniaka. Tak właściwie,
to nam smakowało. A jedna porcja na dwie osoby w zupełności wystarczy.
Trochę nas na początku irytowały kelnerki, które stały w rogu sali, bezczelnie
się na nas patrzyły i radośnie komentowały sobie nasze "walki" z małżami.
Mniej więcej w połowie naszego posiłku, jedna z nich podeszła do nas i
zaproponowała, że pokaże nam, jak się powinno poprawnie jeść małże. Zawstydzeni
pokiwaliśmy głowami i patrzymy, co ona robi. Rozłamała małże na dwie części,
jedna pusta, a w drugiej jest przyklejona treść. Teraz tą pustą, wybiera
mięso z tej drugiej. Następnie połówką muszli nabiera sos i polewa mięso
na drugiej połówce. Na koniec mówi, że teraz "spija się" małże z sosem
prosto z muszli i już. Podziękowaliśmy i dopiero teraz mieliśmy zabawę.
Wieczorem, pochodziliśmy
jeszcze po pochyłych uliczkach z kolorowymi domkami. Urocze miejsce.
20 stycznia. Puerto
Montt.
Rano idziemy na
autobus do Puerto Montt. Promem opuszczamy wyspę. Na terminalu w Puerto,
nikt nam nie proponuje noclegu... Okazuje się że
tu jest to zakazane. Właściciele prywatnych kwater założyli firmę - biuro
pośrednictwa, które ma siedzibę na dworcu. Dostajemy tam katalog ofert:
zróżnicowany komfort - zróżnicowane ceny. Od 3.500 do 6.000 CLP. My chcemy
coś tańszego, ale powiedziano nam, że możemy kiepsko trafić - tylko kwatery
zrzeszone w tej firmie mają zagwarantowaną wysoką jakość usług... Daliśmy
się przekonać. Wtedy, ten człowiek wyszedł zza biurka, zaprowadził nas
do taksówki (zastrzegł się, że to on płaci!) i zawiózł nas pod ten dom,
który wybraliśmy. Najważniejsze dla nas było to, że możemy wreszcie skorzystać
z gorącego prysznica.
Popołudnie spędzamy
spacerując po mieście. Oglądamy pomniki, robimy zdjęcia, zajadamy się owocami
i lodami, zwiedzamy port itp. Trafiamy również na targowisko rękodzieła
- dużo ciekawych rzeczy i wszystko drogie. Przeglądamy oferty różnych miejscowych
firm turystycznych i kupujemy na jutro bilety na wycieczkę objazdową po
okolicy (2 x 3.000 CLP). Mając adres z przewodnika próbowaliśmy znaleźć
biuro Conafu, ale nie był to takie proste. W końcu jednak dotarliśmy. Chcemy
kupić jakieś prospekty o tutejszych parkach, ale oczywiście nie mają nic
takiego. Kupiliśmy tylko ulotki, które okazały się mało czytelną kopią
tych z Santiago (i do tego droższe od tamtych). Znaleźliśmy też bardzo
tanie schronisko młodzieżowe... Spacerując po nabrzeżu widzimy na horyzoncie
zaśnieżone szczyty wulkanów i, bardzo daleko, poszarpane szczyty Patagonii.
W ramach kolacji
robimy eksperyment: kukurydziana zupa w proszku. Jak na zupę to trochę
za słodkie, ale nawet dobre.
21 stycznia. Wycieczka
objazdowa.
Wcześnie rano jemy
u gospodarzy typowe śniadanko kontynentalne (jest w cenie noclegu). Dobre,
ale bardzo skromne... Pakujemy się i "zmieniamy lokal" - przenosimy się
do taniego schroniska. Właściciele żegnali się z nami jak z rodziną. Po
kilku minutach marszu z ciężkimi plecakami, gospodarz dogania nas swoim
samochodem i podwozi do centrum. Tak po prostu. Zostawiamy plecaki w schronisku
i idziemy na autobus.
Duży autobus pełen
turystów z Santiago, Włoch i jeszcze my. Młoda pilotka-przewodnik opowiada
o wszystkim, co widać. Z jakiejś wysokiej górki oglądamy całe Puerto Montt
położone nad zatoką. Potem jedziemy nad największe w Chile jezioro Llanquihue
(trzecie co do wielkości w Ameryce Płd.). Krótko zwiedzamy miasteczko Puerto
Varas - budowane przez kolnistów niemieckich w europejskim stylu. Kolejnym
punktem programu jest pływanie motorówką po mniejszym jeziorku o bardzo
wysokich, stromych, skalistych brzegach - wygląda jak wnętrze krateru,
ale jest pochodzenia lodowcowego. Pewien odcinek płyniemy przez wąski zielony
tunel wśród krzewów. Z jeziora dobrze widać okoliczne wulkany. Następny
przystanek: Zielona Laguna - plaża z czarnego piasku wulkanicznego, woda
zielona od glonów i wszystko w cieniu starych wysokich drzew. Kawałek dalej
widać wulkan Osorno w całej swojej okazałości. Potężny, wysoki stożek z
białą czapą lodową sięgającą od szczytu do połowy. Jest to wulkan drzemiący.
Przed erupcją, cały śnieg na nim się topi zamieniając strumyki w potężne
rzeki, które zrywają mosty i niszczą drogi. Mieliśmy okazje oglądać ślady
tej działalności wulkanu. (Nie każde topienie się śniegu na wulkanie oznacza,
że on wybuchnie. Cześciej tylko tak straszy...) W ogóle teren jest aktywny
sejsmicznie i obowiązuje tu zakaz biwakowania. Kolejnym punktem programu
są wodospady. Niespotykane formacje skalne i płynąca szybko woda tworzą
ciekawe widowisko. Skały są bazaltowe, a takie fantastyczne kształty powstały
przez nagłe ochłodzenie płynącej lawy. Następnie jedziemy nad jezioro Wszystkich
Świętych. Znów: plaża z czarnego piasku, zielono-błekitna woda i dostojnie
stojące wokoło wulkany. Odmawiamy kilkunastu przewoźnikom proponującym
nam podróż łódką po jeziorze i idziemy do muzeum Conafu. Ekspozycja opisuje
okoliczną przyrodę i przedstawia "zasadę działania" i powstawania wulkanów.
Dowiedzieliśmy się tam, że kiedy wyrastał wulkan Osorno to podzielił sobą
wielkie jezioro na dwie części i tak powstały jeziora Llanquihue i Wszystkich
Świętych. W drodze powrotnej mamy w planie zobaczenie kondorów, ale autobus
się zepsuł... Czekaliśmy na rezerwowy przez 1,5 godz., zrobiło się późno
i już nie oglądaliśmy tych wielkich ptaków. Anitka była niepocieszona.
Nocleg w schronisku
kosztuje 1.200 CLP od osoby - teraz wiemy dlaczego... "Pokoje" to zupełnie
puste sale lekcyjne. Można spać na dowolnie wybranym kawałku podłogi...
Toalety to w ogóle jakieś nieporozumienie. A prysznic można sobie dokupić.
No cóż, nie w takich warunkach się spało...
22 stycznia. Park
Alerce Andino.
Wstajemy wcześnie
rano. Jedziemy godzinę autobusem podmiejskim do wsi Leica. A stamtąd do
bramy Parku Alerce Andino mamy jeszcze 7 km spaceru. Po przejściu połowy
tej odległości łapiemy "stopa" - robotnicy leśni jadą do pracy. Wstęp do
parku Conafu jak zwykle kosztuje 1.000 CLP od osoby.
Największą atrakcją
tego parku są właśnie drzewa Alerce, z których nastarsze są w wieku 3000
do 3400 lat! Takie stare! W dodatku jeszcze rosną i nieźle się mają. Po
za tym jest tu mnóstwo ptaków wszelkiego rodzaju (widzieliśmy m.in. kolibry!)
i tysiące gatunków roślin. Park położony jest na terenie mocno górzystym
i z kilkoma ukrytymi wśród skał i drzew jeziorami.
Idziemy pomiędzy
kilkumetrowymi paprociami i liśćmi łopianu, żywym tunelem przez gęste bambusy.
Idziemy brzegiem rzeki po kamieniach między wodą a ścianą lasu. Wspinamy
się obok wielkiego wodospadu. Trafiamy na drzewo Alerce. Nie jest tak szerokie
jak kanadyjskie sekwoje, ale też robi wrażenie. Smukłe, wysokie na ok.
40 m, porośnięte mchem i lianami - ma ok. 3000 lat i ciągle rośnie!
Idziemy dalej, cały
czas pod górę. Las robi się jeszcze bardziej dziki. Ptaki wydzierają się
tak, że nie słychać własnych myśli. Po 4,5 km od bramy dochodzimy do dużego
jeziora. Drzewa rosną nad samą wodą, nachylając się nad nią, "normalnego"
brzegu nie widać. Idziemy jeszcze dalej. Las przybiera niesamowite kształty.
Przez strumienie przechodzimy po zwalonych drzewach. Ścieżka którą idziemy
już dawno przestała być drogą. Jest po prostu wyciętym w gęstwinie tunelem.
Pewien odcinek przechodzimy 2 m nad ziemią, po trzech długich zwalonych
pniach położonych jeden za drugim. Pod spodem gęste bambusowe krzaki. Lepiej
się teraz nie potykać. Idziemy wzdłuż skalnej ściany, przez gęste wysokie
trawy, wspinamy się po wielkich korzeniach. Cały czas naprzód, cały czas
pod górę - w sumie kolejne 5 km. Aż wreszcie... dochodzimy do jeszcze jednego
jeziorka - idealnie okrągłe, otoczone wysokimi pionowymi skalnymi ścianami.
Widzimy błękitne niebo, stalowo-szare płaszczyzny skał, zielony wianuszek
drzew i krzewów otaczających jeziorko o wodzie gładkiej jak szkło i jeszcze
to wszystko w tej wodzie odbite w odwrotnej kolejności. Niesamowite miejsce.
Siedzimy na czarnej kamiennej plaży i powoli dochodzimy do siebie. To wszystko
wygląda jak wnętrze krateru... W końcu decydujemy się na powrót, a właściwie
ucieczkę do gęstego lasu przed okropnymi, wielkimi, gryzącymi muchami,
które pojawiły się nie wiadomo skąd!
Schodzimy długo,
ale jest to przyjemny spacer. Pierwszych turystów spotykamy dopiero w pobliżu
bramy parku. A od bramy czeka nas jeszcze 7 km do autobusu. W połowie tej
drogi zatrzymuje się przy nas auto i dziewczyna pyta się po rosyjsku, czy
chcemy, żeby nas podwieźli. Też pytanie! Dziewczyna jest z Texasu, parę
miesięcy była w Moskwie i stąd zna język. A mijając nas w parku usłyszała,
jak coś do siebie mówiliśmy i wymyśliła sobie, że jesteśmy Rosjanami. Dojechaliśmy
z nimi do samego Puerto Montt. Jadąc wzdłuż wybrzeża widzieliśmy "baraszkujące"
przy brzegu delfiny.
Zaraz po powrocie
Anitka wpadła do terminalu autobusowego, do firmy, z którą wczoraj byliśmy
na wycieczce. Dorwała kierownika biura i mu tłumaczy, że wczoraj była wycieczka
i zepsuł się autokar i było późno i ona nie widziała kondora! A miał być!
A kierownik mówi niemrawo, że było tyle innych atrakcji... Ale jego koledzy
z firm konkurencyjnych już się zebrali w tłumek i świetnie się bawią. Jeden
z nich podjudza Anitkę, że ma rację, że kondor był obiecany i że za to
zapłaciła! A biedny kierownik tłumaczy się dalej, że ten kondor wcale nie
jest taki atrakcyjny, że jest już stary, łysy i nie lata... A czasami to
go w ogóle nie widać.. Ale Anitka się uparła (na wesoło) i nie ustępuje:
ona przyjechała z dalekiego kraju, przyjechała do kraju kondorów i chce
jednego zobaczyć i zrobić zdjęcie! A podjudzacze też wtrącają swoje trzy
grosze: tak, z dalekiego kraju, ma racje, zapłaciła, kondor jest ważny
itp. Kierownik się załamuje i mruczy: całodzienna wycieczka, tyle atrakcji,
a dla niej kondor najważniejszy... A jego "kumple": że musi teraz opłacić
klientce kolejną wycieczkę, żeby mogła kondora sfotografować, bo faktycznie,
co powiedzą jej znajomi w Polsce jak wróci i powie, że nie widziała kondora...
Biedak się poddał. Obiecał załatwić nam zdjęcia tego ptaszyska i mamy tu
przyjść jutro.
Wieczorem spacerujemy
po miasteczku. Wspinamy się na punkty widokowe, odwiedzamy cukiernie i
kawiarnie. Jesteśmy w końcu na wakacjach...
W schronisku zaczepił
nas jakiś Chilijczyk, pyta, skąd jesteśmy. Jak mu powiedzieliśmy, to się
zamyślił i nagle powiedział: Wiem, Polska - to republika Rosji! Wyprowadziliśmy
go z błędu, zamyślił się jeszcze bardziej i znów wypalił: Przypomniałem
sobie, w Polsce panuje Islam! Podziękowaliśmy panu za towarzystwo... Na
dziś atrakcji nam wystarczy.
23 stycznia. Frutillar.
Jedziemy rano do
Frutillar. Miasto opisywane w przewodnikach jako bardzo malownicze, atrakcyjne
i ciekawe. Miejscowość jest rozciągnięta wzdłuż brzegu jeziora. Niskie,
kolorowe domki budowane przez osadników w typowy niemiecki sposób - drewno
i kamień..
Odwiedzamy muzeum
osadnictwa niemieckiego. Ciekawe miejsce, mówiące o kulturze i postępie
technicznym, jaki przywieźli tu z sobą Niemcy w XIX w.
O czternastej całe
miasto na godzinę zamarło - przerwa obiadowa, dokładnie jak w Niemczech.
Trafiamy jeszcze
na wystawę obrazów o tematyce południowochilijskiej, oraz na targ lokalnych
rzemieślników. Mamy okazje degustować różne nalewki i alkohole - tutejsze
wyroby, bardzo różnią się od naszych. My tam żadnymi koneserami nie jesteśmy,
ale likierów o tak różnych i intensywnych smakach wcześniej nie próbowaliśmy.
Kupujemy ten, który nam najbardziej smakował - w składzie ma migdały, szafran
i cytrynę.
Wracamy do Puerto
Montt. Wieczorem mamy autobus do Santiago.
Anita idzie po obiecane
zdjęcia kondora. Właściciele firm konkurencyjnych zobaczyli ją z daleka,
zacierając ręce biegną do właściwego biura i z radością zawiadamiają szefa,
że ta Polka nie zrezygnowała! Kierownik zrezygnował... Znów się tłumaczy,
że ten kondor wcale nie jest taki ciekawy, że nie warto... A jego koledzy,
że obiecał, że zapłaciła, że z dalekiego kraju... W końcu Anita dostaje
zdjęcie - pumy! Kierownik tłumaczy się, że nie ma innego. No cóż, "lepszy
rydz niż muchomor..." ;-)
Odjeżdżamy. Przed
nami noc w autobusie. Jakoś to przeżyjemy...
Ta strona mogła powstać dzięki uprzejmości firmy Tytanet
Wszelkie pytania i uwagi
odnośnie wyprawy lub strony należy kierować do Pawła
Kwaśnika
Kraków III 1999r.