Powrót do strony głównej. Powrót do poprzedniej strony.
Relacja z podróży do Peru i Boliwii
Peru i Boliwie zwiedzały dwie osoby z naszej Wyprawy: Michał i Roman. Podróż trwała od 20.01 od 3.02.99 r.
Po zejściu z
gór mieliśmy do dyspozycji 13 dni do odlotu, wspaniałe plany i
niestety niewiele gotówki w kieszeni. Zdecydowaliśmy się,
zgodnie z planami jeszcze z kraju na podróż do Peru (konieczna
jest wiza - kosztuje w Warszawie 12 USD, a formalności trwają 1
dzień). Przejazd na linii Santiago - Arica (duże miasto na
granicy chilijsko - peruwiańskiej) oferuje kilka firm, zaś ceny
wahają się pomiędzy 45 a 60 USD (za 2100 km). My wybraliśmy
TurBus'a, z którym podróżowałem już do Argentyny i nad
ocean.
Po 30 godzinach
podróży (urozmaiconej filmami video i grami - współtowarzysz
mojej podróży Romek Rosiński był o krok od wygrania firmowego
kubeczka w "bingo" ) dotarliśmy przed godz. 23 do
Arica. Wiedząc, że granica jest zamykana o północy, udaliśmy
się na poszukiwanie transportu do Tacny w Peru, zaś ten
pośpiech towarzyszyć nam miał do samego końca podróży... W
pobliżu dworca autobusowego znajduje się terminal, z którego
dostać się można za granicę autobusami, bądź taksówką
(odpowiednio 2 i 3 USD). My wybraliśmy taksówkę i korzystając
z tego, że był to ostatni kurs zapłaciliśmy za dwóch 4 USD -
dzięki temu wyborowi spotkaliśmy się po raz pierwszy z
peruwiańską żywiołowością: nasz kierowca w dość
niekonwencjonalny sposób szukał dodatkowych pasażerów:
trąbił, hamował przy każdym człowieku z bagażami,
wykrzykiwał "Peru,Peru,Peru, Tacna,Tacna,Tacna!!!",
wyrywał innym taksówkażom bagaże turystów itp., cóż, co
kraj to obyczaj... Odetchnęliśmy z ulgą, gdy skaptował dwóch
pracujących w Chile rodaków - wreszcie ruszyliśmy.
60 kilometrów na
północ od Arica powitał nas zupełnie inny świat: brud,
podejrzanie wyglądający ludzie i wszechobecna bieda. Jedynym
pozytywnym zjawiskiem były znacznie nisze ceny - za nocny
autobus do Arequipy (5-10 godz. jazdy na drogach w różnym
stadium zniszczenia) zapłaciliśmy po 4 USD. Zamiast
zapowiedzianych 5 godzin jechaliśmy ponad dziesięć, a autobus
był brudny, zadymiony i w tragicznym stanie technicznym. Do
Arequipy dotarliśmy przed południem i z miejsca zakupiliśmy od
kuzyna towarzysza podróży "najtańsze - por amigos
Polacos" bilety na "najwcześniejszy" kurs do
Cuzco - O naiwności ludzka! Nie dość, że przepłaciliśmy, to
byliśmy skazani na czekanie do 17 na autobus, mimo, że było
sporo wcześniejszych ... Tutaj po prostu nikomu nie można
wierzyć, nikt nie robi niczego bezinteresownie, dlatego radzę
przed podjęciem decyzji zbadać wszystkie możliwości ...
Stracone godziny przeznaczyliśmy na wymianę pieniędzy i spacer
po centrum, jako że za mało mieliśmy czasu na wyjazd do
kanionu Colca - podobno widok zapierający dech w piersiach ...
Spacerując po mieście spotkały nas kolejne niespodzianki,
choć myśleliśmy, że nic już nas TU zadziwić nie może
(zegarki na rękę z kukułką lub "recytujące" czas
bardzo kontrastowały z domami zbudowanymi ze snopków, czy
zagrodami ze słomy), a jednak - na pytanie, skąd jesteśmy,
odpowiedzieliśmy "We're from Poland, yyy...
Polonia...", zaś uśmiechnięty, opalony Indianin
powiedział "Si, si Polonia, ja przecież mówię, k.... po
polsku, Julio jestem!" Zbaranialiśmy! (Później
dowiedzieliśmy się, że spotkana Australijka dogadywała się z
Kolumbijczykiem po polsku...) Okazało się, że nasz przyjaciel
Inka studiował w Polsce antropologię, a teraz wybiera się do
Warszawy na studia doktoranckie. Tym sposobem mieliśmy
przewodnika po Arequipie i masę użytecznych informacji z
wiarygodnej ręki. Pół godziny przed planowym odjazdem
zjawiliśmy się na dworcu i okazało się, że pozostali
pasażerowie mają bilety na 18 ... - tutaj po prostu nie należy
chyba mówić, że się człowiek spieszy. Inną niespodzianką
było to, że przy wejściu oprócz biletu (7-8 USD) należy
uiścić "twarzowe" w wysokości 1 Sola (1 USD = 3.3
NS) - zwyczaj ten jest praktykowany w całym Peru. Po
przejechaniu kilku kilometrów jeden z podróżnych wstał i
zaczął coś recytować- zrozumieliśmy, że było to o
czekoladzie, biedzie w Peru, rządzie, prezydencie i ciężkiej
pracy peruwiańskich robotników; następnie zaprosił do
degustacji. Z rozrzewnieniem postanowiliśmy spróbować owocu
pracy biednych, cieżko pracujących, peruwiańskich robotników.
Ze zdziwieniem patrzyliśmy, jak domniemany poeta zbiera od ludzi
po 1 NS za małego cukierka. "Nie, nie to nie prezent, taki
mam zawód..." - w innych autobusach spotykaliśmy później
handlarzy afrodyzjaków, "cudownych" maści i przede
wszystkim słodyczy, a ludzie płacili, ale pewnych spraw nie
rozumiem do dziś.
Do Cuzco
dotarliśmy rankiem następnego dnia i spędziliśmy tu ... 10
(słownie: dziesięć) minut. Dowiedzieliśmy się, że
niemożliwe jest dotarcie do głównego celu naszej podróży
-Machu Picchu. Zerwane przez wzburzone powodzią rzeki tory
kolejowe miały być naprawione w najbliższy piątek, to jest za
trzy dni ... Zapadła szybka decyzja - jedziemy do Puno nad
jeziorem Titicaca (najwyżej na świecie położone jezioro, na
którym się żegluje). Zakupiliśmy bilety, zjedliśmy danie
obiadowe w cenie polskiego hamburgera i po chwili znów
podskakiwaliśmy na peruwiańskich wybojach.
Do Puno,
miasta położonego na wysokości prawie 4000 metrów,
dotarliśmy po południu i zupełnie przypadkowo natrafiliśmy na
możliwość podróży jeszcze tego dnia do Boliwii. Po burzliwej
dyskusji zdecydowaliśmy się na ten wariant, pomimo zmęczenia i
irytacji, że pomimo tego, że byliśmy w podrózy już 4 dni i
praktycznie nic nie zobaczyliśmy...
![]() |
W Desaguadero (Polacy nie potrzebują do Boliwii wiz) wreszcie wyspaliśmy się w hotelu (1,5 USD) i zjedliśmy porządny obiad (w Boliwii jest jeszcze taniej niż w Peru - za 2 daniowy obiad z deserem i kawą płacilismy 1-2 USD!). Następnego dnia za dolara od głowy udaliśmy się do Tiahuanaco (Tiwunako), gdzie znajduje się sławna Intipuncu - Brama Słońca. Wstęp do zespołu zabytków i wykopalisk archeologicznych kosztował 5 USD i warto było ponieść nawet większe koszty, ponieważ oprócz Bramy Słońca znajduje się tam wiele innych interesujących obiektów, takich jak Brama Księżyca, pozostałości piramidy, liczne preinkaskie ruiny oraz muzeum. |
Po zwiedzeniu
Tiahuanaco wyruszyliśmy za kolejnego dolara do La Paz,
najwyżej położonej stolicy świata. Po rozpakowaniu się w
hotelu w centrum i zjedzeniu jak codziennie Pollo dorado (kurczak
z ryżem, frytkami i pieczonymi bananami - wszystko z rożna;
przynajmniej było to bezpieczne, i nie ukrywam, smaczne)
postanowiliśmy ruszyć na poszukiwanie jakiegoś lokalu, w
którym moglibyśmy tańcząc spalić nagromadzoną przez
5-dniową podróż energię. Z poznanym boliwijskim bankierem
udaliśmy się do klubu, w którym przetańczyliśmy noc z
dziewczętami umiejącymi po angielsku jedynie "yes",
"no", "let's dance" i "Let's drink some
beer". Kilkugodzinny sen nie pozwolił nam na odpoczynek, a
przed nami było zwiedzanie La Paz - Kościoła Św. Franciszka,
targu indiańskiego i innych atrakcji stolicy Boliwii. Późnym
popołudniem wyjechaliśmy do Puno. Po drodze, już
w Peru, byliśmy świadkami kontroli celnej. Po
kilkunastominutowej inspekcji celnicy wyszli obładowani mięsem,
konserwami, kawą i wszelakim innym dobrem; zaraz po nich wyszli
z autobusu przemytnicy i ... po chwili wrócili z połową
wałówki!!!, takie sytuacje przestały nas jednak już
dziwić...Noc spędziliśmy, a raczej przetańczyliśmy, w
świetnej dyskotece w Puno nad jeziorem Titicaca, obudziwszy się
sytwierdziliśmy, że spóźniliśmy się na autobus do Cuzco.
Wynajęliśmy za 10 USD taksówkę (tani i szybki transport w
Peru i Boliwii) i 60 kilometrów dalej dogoniliśmy nasz pojazd,
w którym mogliśmy wreszcie się wyspać.
W Cuzco
czekała nas nieprzyjemna niespodzianka: torów kolejowych nie
naprawiono i nie wiadomo, kiedy mieli to zrobić. Zawiedzeni i
załamani udaliśmy się na poszukiwanie hotelu i znaleźliśmy w
centrum całkiem porządny za 3 USD, obsługa jest miła, a nawet
senor Dario zabiera swoim samochodem na tanie wycieczki we
wszelkich możliwych kierunkach (zainteresowanym mogę podać
adresy hoteli, w których gościliśmy).
![]() |
Po naradzie z
gospodarzami zdecydowaliśmy się na bardzo ryzykowny wariant
dojechać koleją jak najdalej i w 24 godziny pokonać treking
przeznaczony na trzy dni..., zobaczyć Machu Pichcu i wrócić;
cóż może już więcej w Peru nie będziemy.Tym razem nie
mieliśmy czasu (a jak byliśmy zmęczeni!) na dyskotekę, więc
po obiedzie poszliśmy jedynie na drinka do baru, gdzie
spotkaliśmy wspomnianą wcześniej Australijkę mówiącą
trochę po polsku.
Obudzilismy się nad ranem i znaleźliśmy transport do majestatycznego Ollantaytambo, które niestety podziwialiśmy z okien autobusu. Z Ollantaytambo dojechalismy pociągiem do kilometra 88. Sześć kilometrów dalej powitały nas "zmasakrowane" szczątki torów kolejowych oraz opalający się z cervezą (piwo) w ręku robotnicy (zjawisko to spotykane jest w Peru nawet częściej niż w Polsce...). Czekało nas teraz przedzieranie się zboczami gęsto zalesionego zbocza pobliskiej góry, przejście na drugi brzeg oraz "spacer" torami kolejowymi do AguaCallientes, wioski pod Machu Picchu - w sumie 23 kilometry marszu... |
Z A.C. kursują do ruin regularne autobusy - kosztują ok. 5 USD w obie strony. Spoceni i zmordowani dojechaliśmy w końcu do Machu Picchu!! Cel został zrealizowany! Po wykłóceniu się weszliśmy na polskie legitymacje studenckie za 5 USD. Wbrew słyszanym pogłoskom ruiny nie okazały się komercyjnymi i przereklamowanymi i może nie powiem nic nowego, ale naprawdę zapierają dech w piersiach!
| Idealnie obrobione prymitywnymi
przecież narzędziami kamienne bloki, ściany domów stawiane
bez zaprawy (W Cuzco przetrwało niewiele zabytków pobudowanych
przez Hiszpanów - większość z nich na fundamentach
inkaskich...) i gotowe na przetrwanie kolejnych setek lat;
zdumiewa także ogromna wiedza astronomiczna i geograficzna
plemienia Tupaka Amaru.
Podziwialiśmy słoneczne zegary, kamienne kalendarze i wiele innych zrobionych z kamienia instrumentów o nieodkrytych jeszcze zastosowaniach. Spaceru wśród uliczek Machu Picchu w rytm muzyki miejscowego inkaskiego zespołu żaden z nas chyba nie zapomni... |
![]() |
Podczas powrotu czekała
nas jeszcze jedna atrakcja: młodzi Indianie zbiegający z
andyjskich serpentyn szybciej niż autobusy. W Agua Callientes
sprzedawcy usiłowali nas namówić na zakup kolorowych makatek,
wyrobów z lam i alpak oraz miejscowego rękodzieła, żeby
chociaż w ten sposób zapłacić za wgląd w kulturę i
historię ich wielkich przodków. Polecam jednak targi w Boliwii,
gdzie jest sporo taniej, a wyroby nawet bardziej oryginalne; i tu
i tam zalecane jest targowanie - my płaciliśmy zwykle 50-70%
ceny wyjściowej. Po obiedzie przeszliśmy jeszcze kilka
kilometrów i zatrzymaliśmy się na nocleg w indiańskiej
wiosce, co mimo spartańskich warunków (brak dachu i łóżka z
drewnianych desek) stanowiło kolejne doświadczenie z egzotyką
Peru. Zmordowani po kiepsko przespanej nocy wstaliśmy o brzasku,
przeszliśmy do kilometra 94, skąd wynajętą lokomotywą (10
USD) do 88. Tam dzięki pomocy poznanych Australijczyków
zabraliśmy się do Cuzco z wracającym tam jeepem, który ich
tam przywiózł (mieli zamiar przejść do Machu Picchu tzw.
Ścieżką Inków). Cała impreza wraz z przejściem ponad 40
kilometrów zajęła nam 30 godzin, dzięki czemu
oszczędziliśmy trochę czasu i pozostałe do odjazdu autobusu
do Arequipy 3 godziny przeznaczyliśmy na zwiedzanie
otaczających Cuzco ruin. TamboMachay, Q'enqo,
PukaPukara i Saqsaywaman to nazwy,
które nie elektryzują tak jak Machu Picchu, czy Cuzco, ale i
tam zwiedziliśmy bardzo interesujące zabytki (wstęp 3 USD),
które nas utwierdziły w przekonaniu, że cywilizacja
bezmyślnie zniszczona przez konkwistadorów stała na bardzo
wysokim stopniu. Zauroczyły nas długie, wykute w skale tunele
łączące inkaskie budowle, posągi, koszary wojskowe, łaźnie
z prysznicami (woda była w nich destylowana przez kamienne
kanały), ogromne, majestatyczne mury.
Z żalem
żegnaliśmy Cuzco i obiecaliśmy sobie, że musimy kiedyś tu
wrócić. Niewiele zobaczyliśmy, lecz już kilka kilometrów za
Świętym Miastem Inków poczuliśmy ogarniającą nas
nostalgię.
Podróżowanie po Peru - Tanim i pewnym transportem są oczywiście autobusy, lecz zawsze należy osobiście sprawdzić godzinę wyjazdu, cenę itp. Wielokrotnie wszyscy zapytani zapewniali, że "dzisiaj już nie ma autobusów", a rzeczywistość okazywała się inna - tym sposobem straciliśmy cały dzień w Arequipie, ale później już nikomu nie udało się nas nabrać. Pewnym i tanim środkiem transportu w miastach są taksówki, ale kierowcy widząc "El gringo" podają ceny 50-200% wyższe niż obowiązujące - trzeba się targować.
Żywność, noclegi - My żywiliśmy się przez cały pobyt w Peru i Boliwii w restauracjach, unikając owoców i warzyw. Żywność jest tania i smaczna, ale ze względu na wystepujący wszędzie brud trzeba wybierać potrawy dobrze wypieczone - np. "Pollo dorado" - kurczak z rożna. Najlepszym źródłem informacji na temat akomodacji są inni turyści podróżujący tak jak my, czyli bez pomocy biur turystycznych. Dobrze jest też zaopatrzyć się w przewodnik (polecam Lonely Planet), w którym oprócz spisu hoteli od najtańszych do najlepszych znajdują się wszystkie inne potrzebne informacje na temat podróżowania po danym kraju.
Bezpieczeństwo
- Peru jest znane z braku bezpieczeństwa i mimo tego, że my
nie spotkaliśmy się osobiście z żadną kradzieżą,
wymuszeniem czy napadem (bardzo się "pilnowaliśmy"),
od innych podróżnych słyszeliśmy o kradzieżach, cytuję,
"To było niemożliwe, bagaże ginęły na naszych
oczach", nawet o zuchwałych napadach w biały dzień.
Najbezpieczniej podróżować jest w kilkuosobowych grupkach, lub
do kogoś się przyłączyć.
Michał Pomorski mpomorski@hotmail.com
powrót na początek strony
Ta strona mogła powstać dzięki uprzejmości
firmy Tytanet
Wszelkie
pytania i uwagi odnośnie wyprawy lub strony należy kierować do
Pawła Kwaśnika
Kraków XI 2000r.