Powrót do strony głównej.    Powrót do poprzedniej strony.

Informacje praktyczne:

ogólne
  * Znajomość języka hiszpańskiego
  * Bezpieczeństwo na ulicach
  * Grupowy bilet lotniczy, grupowy nadbagaż
  * Ksero biletu lotniczego i paszportu
  * Dojazd z lotniska do centrum Santiago
  * Tanie hotele i depozyty bagaży
  * Kantory
  * Poruszanie się po mieście
  * Tanie sklepy
  * Kawiarnie internetowe
  * Puby, bary, restauracje
  * Inne ciekawe miejsca w Santiago
  * Fotografowanie
wyprawa w góry
  * Dojazd do Puente del Inka
  * Przekraczanie granicy argentyńskiej
  * Wykupienie zezwoleń na Aconcagua
  * Zezwolenie na treking
  * Muły
  * Gorące źródła
  * Kartki pocztowe z Aconcagua
  * Słońce andyjskie
  * Powrót z Puente del Inka do Santiago
  * Nocleg w Puente
  * Przy bramie Parku Narodowego Aconcagua
  * Droga do Plaza de Mulas
  * Warunki na bazie
  * Zejście  do Puente
  * Przymarznięte namioty
  * Paliwo do gotowania
  * Kupione w Polsce, kupione w Chile
wyprawy po kraju
  * Poruszanie się po Chile
  * Przewodniki
  * Noclegi poza Santiago
  * Wypożyczenie samochodu
  * Jazda samochodem po Chile
  * Parki Narodowe
  * Lokalne potrawy
  * Biura podróży
  * Pamiątki

   - ogólne   ___________________________________________________________________________________

Znajomość języka hiszpańskiego - umiejętność bardzo przydatna w Chile, czasami wręcz niezbędna. O korzyściach nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Anita w ciągu dwóch semestrów (od zera) opanowała ten język w stopniu wystarczającym, aby porozumieć się w niemal każdej sprawie. Anita uczęszczała na kurs językowy dwa razy w tygodniu i codziennie ćwiczyła w domu. To był pracowity czas. Mówiąc językiem tubylców kilkakrotnie udało się jej wytargować niższe ceny za różne usługi. Dzięki znajomości języka tysiące spraw stawało się o wiele prostszymi.
    W Chile można się dogadać po angielsku, ale w ograniczonym stopniu. W niektórych średniej klasy hotelach oraz w niektórych wielkich supermarketach ktoś z obsługi  mówi po angielsku. W tańszych hotelach do rozmowy z obsługą można wykorzystać innych turystów anglo- i hiszpańskojęzycznych. Po angielsku mówi się: w informacji turystycznej, w informacji autobusowej na dworcu i oczywiście na lotnisku. Po za tym istnieją rozmówki, słowniki i własna inwencja twórcza. powrót

Bezpieczeństwo na ulicach - na razie Chile jest bardzo bezpiecznym krajem (zwłaszcza w porównaniu z sąsiadami). Tamtejsza policja - Carabinieros de Chile - jest bardzo silna i groźna. Policjantki i policjantów widzi się praktycznie wszędzie. Niektórzy chodzą w kamizelkach kuloodpornych, z karabinami maszynowymi, jeżdżą na motorach terenowych i w opancerzonych lub okratowanych autach i autobusach. Widać, że Chile to jeszcze policyjny kraj. Mówiono nam, że oni się "nie patyczkują" - najpierw aresztują, a potem ewentualnie pytają, o co chodzi. Z policjantem piszącym mandat się nie dyskutuje (o łapówce to nawet nikt nie myśli!). Dlatego na ulicach jest spokój: nie ma pijaków, ani agresywnych żebraków. Turyści mogą tam być o siebie spokojni, o ile nie chodzą po nocy po jakichś zaułkach lub do latynoskiej dyskoteki.     powrót

Grupowy bilet lotniczy, grupowy nieodpłatny nadbagaż - linie lotnicze przez grupę rozumieją ok. osiem osób. Będąc grupą wiele spraw można z przewoźnikiem negocjować, np. cenę biletu w obie strony (my w KLM płaciliśmy 950 USD , o ponad 100 USD  mniej niż osoby pojedyncze). Jako grupa mogliśmy też nieodpłatnie zabrać ze sobą do samolotu 40 kg nadbagażu. W KLM zwykle jednej osobie przysługuje 20 kg bagażu i do 10 kg bagażu podręcznego małego rozmiaru. U przewoźników innych niż KLM bagaż podręczy może mieć wagę do 5 kg. Waga i rozmiary są na lotnisku sprawdzane. Za każdy kilogram nadbagażu można płacić karę nawet do 30 USD - ale nie jest to regułą, nam w drodze powrotnej przeszło nawet 17 kg nadbagażu ;). Istnieje możliwość wcześniejszego nadania Cargo (minimum 2 tygodnie wcześniej) w cenie 10 USD za kg, ale trzeba to sobie dobrze skalkulować - my z tej oferty nie korzystaliśmy.
    Przy wchodzeniu do samolotu w Warszawie niektórzy z nas mieli na sobie większość ubrań i "skorupy", a w kieszeniach sporo małych, ale ciężkich przedmiotów... Na szczęście pasażerów się na lotnisku nie waży.        powrót

Ksero biletu lotniczego i paszportu - po co? Jeden z naszych, zgubił gdzieś w trakcie podróży swój bilet i za ostatni fragment lotu do Santiago (ostatnia przesiadka) musiał zapłacić jeszcze raz (około 230 USD). Wydanie duplikatu biletu w Santiago kosztowało go kolejne 60 USD (i dwa dni oczekiwania). Częci tych kosztów (tzn. przelotu i oczekiwania) można było uniknąć posługując się kserokopią swojego biletu lotniczego - tak powiedziano nam w biurze KLM w Chile.
    Ksero paszportu i biletu, trzymane gdzieś w oddzielnych miejscach, mogą bardzo pomóc w przypadku zgubienia oryginałów...     powrót

Dojazd z lotniska do centrum Santiago - W ciągu dnia kursują co 15 minut specjalne autobusy TOUR EXPRESS, które za 1.000 CLP (tysiąc chilijskich pesos to około dwa dolary) w ciągu 40 min. dojeżdżają do centrum. Jest to linia specjalna, kursująca wahadłowo tylko na tej trasie - korzystają z niej turyści i stewardessy. Ma tylko trzy przystanki w centrum: na rogu ulic San Martin i La Moneda, przy głównej ul. O'Higginsa na moście (a właściwie wiadukcie) nad autostradą Rodriguez, i przed stacją kolejową - też przy ul. O'Higginsa.
    Można też wynająć dużą, kilkuosobową taksówkę - busa. Wchodzi do niej około dziewięć osób z plecakami (lub trzynaście bez plecaków...). Dojazd do centrum tą taksówką kosztuje 15.000 CLP (piętnaście tys. chilijskich pesos to około trzydzieści dolarów).
    Są też taksówki "normalne" (wszystkie czarne z żółtym dachem), ale nie wiemy, ile to kosztuje.     powrót

Tanie hotele i depozyty bagaży - Spaliśmy w różnych hotelach w Santiago. Zróżnicowane standardy za zróżnicowane ceny...
    Schronisko młodzieżowe - Youth Hostel, ul. Cienfuegos 151 - obsługa mówi po angielsku, pokoje czteroosobowe (piętrowe łóżka z pościelą) z zamykanymi na klucz szafkami, na każdym piętrze toalety i prysznice z gorącą wodą, świetlica ze sprzętem RTV, jadalnia (kuchnia nie dostępna dla turystów - można sobie wykupić każdy posiłek). Cena noclegu jednej osoby to równowartość 13 USD, każdy posiłek - ok. 2 USD. Jest jeszcze słoneczny dziedziniec ze stolikami i suszarnia na pranie. Dla członków PTSM lub jego zagranicznego odpowiednika cena jest o kilka dolarów niższa, więc warto przed wyjazdem uaktualnić swoją legitymację. Poza tym, po sześciu nocach w hotelu (za każdą noc otrzymuje się znaczek na kartę Hostelling International) automatycznie zostaje się członkiem PTSM i ma się zniżkę. Jest to hotel bardzo dobry w swojej klasie. Korzysta z niego wielu turystów z różnych krajów. Znajduje się ok. 20 min. spaceru od centrum (centrum, tzn. główny pasaż - taka ich ul. Floriańska...) oraz ok. 10 min. drogi od przystanku (na wiadukcie) TOUR EXPRESS-u.
    Hotel Caribe - ul. San Martin (kilkanaście metrów za skrzyżowaniem z ul. San Pablo). Cena noclegu to równowartość 7 USD za osobę. Standard porównywalny z naszymi schroniskami górskimi. Pokoje od kilkuosobowych do "jedynek". W pokojach są tylko łóżka (nie piętrowe, z pościelą) i umywalka. Nie ma okien, ani żadnych szafek. Pokoje są zamykane na kłódki. Na cały hotel są dostępne dwa prysznice z ciepłą wodą, kilka toalet (są jego słabym punktem...) i wspólna, ogólnie dostępna kuchnia. Obsługa (indiańska rodzina) nie mówi po angielsku. Nie ma świetlicy ani jadalni... Z tego hotelu korzystają tylko "prawdziwi" turyści tzn. albo właśnie wracają z gór albo tam się wybierają. Można się od nich dowiedzieć wszystkiego o aktualnych warunkach i cenach pod Aconcagua. A także wielu rzeczy o wszystkich innych większych górach naszej planety - od razu wyczuwa się pewien specyficzny klimat... Hotel znajduje się ok. 20 min. drogi od Paseo Ahumada (z hiszpańskiego - ul. Floriańska ;-) ) oraz ok. 15 min. drogi od końcowego przystanku TOUR EXPRESS-u na rogu ulic San Martin i La Moneda.
    Hotel Olicar - ul. San Pablo 1265 (przy skrzyżowaniu z ul. Teatinos). Cena noclegu - ok. 5 USD za osobę. Wbrew cenie, jest to coś pośredniego pomiędzy dwoma poprzednimi propozycjami.... Pokoje od kilkuosobowych do jedynek (łóżka z pościelą, piętrowe i nie). Pokoje zamykane na kłódkę, bez okien i szafek. Wspólna dostępna kuchnia z jadalnią i telewizorem. Porządne toalety i łazienki z gorącym prysznicem (ale jest ich tylko kilka). Wadą tego hotelu jest to, że leży przy b. ruchliwej ulicy. Jest to szczególnie uciążliwe wczesnym rankiem, bo chilijscy kierowcy jeżdżą bardzo agresywnie i często używają klaksonu. Obsługa jest bardzo miła, ale nie mówi po angielsku. Nocuje tam wielu turystów z różnych krajów, ale głównie z Izraela - większość napisów informacyjnych w hotelu jest w tym języku - "krzaczki" i "wężyki". Hotel znajduje się ok. 15 min. drogi od Paseo Ahumada oraz ok. 20 min. drogi od końcowego przystanku TOUR EXPRESS-u na rogu ulic San Martin i La Moneda.
    W każdym z wymienionych hoteli, jeżeli się było lub będzie gościem, można nieodpłatnie zostawić część swojego bagażu np. letnie ubrania, gdy jedzie się w góry, albo puchówki, skorupy i czekany, gdy jedzie się zwiedzać kraj...
    Przez pomyłkę spaliśmy jeszcze w eleganckim pensjonacie  - 30 USD za pokój... Gdyby ktoś chciał skorzystać to mogę podać adres...     powrót

Kantory - w centrum Santiago jest kilka kantorów - wszystkie obok siebie - na ul. Augustinas przy skrzyżowaniu z deptakiem Paseo Ahumada. Są czynne mniej więcej od godz. 10 do 19 (niektóre z godzinną przerwą koło godz. 13). Najprościej jest wymieniać dolary (minimum 20 USD lub 50 USD - zależnie od kantoru), ale można też większość mocnych walut, kantory nie pobierają prowizji. Na początku  naszego pobytu 460 CLP = 1 USD (460 chilijskich pesos = 1 dolar); pod koniec 488 CLP = 1 USD; kurs zmieniał się codziennie (a nawet kilka razy dziennie). Jest też kantor w terminalu południowego dworca autobusowego (na piętrze lok. 303), ale zawsze miał kurs gorszy niż w centrum. Na pewno jest też gdzieś na lotnisku, ale nie szukaliśmy...
    W Santiago (i w ogóle w Chile) płaci się oczywiście w pesos, ale czasami były też honorowane dolary np. w hotelu, w firmach transportowych czy w wypożyczalni samochodów, lecz czasami po kursie nieco gorszym niż w kantorze.     powrót

Poruszanie się po mieście - najprościej oczywiście na piechotę, trudno się zgubić, bo wszystkie ulice tworzą regularne kwadraty - kwartały.
    Można też metrem. Wejścia oznakowane jest trzema czerwonymi rombami. W Santiago są trzy linie, bardzo dobrze oznakowane i rozrysowane na stacjach (można tam sobie za darmo wziąć mały plan miasta z metrem). W ciągu dnia ceny biletów zmieniają się w zależności od godziny. Najtańsze są wcześnie rano i późno wieczorem (ok. 1/3 USD), najdroższe rano i późnym popołudniem (ok. 1/2 USD) i średnia cena w czasie pozostałym. Bilety kupuje się w podziemiach, w specjalnym kiosku tuż przed przejściem bramki. Można kupić bilety jednorazowe i wielokrotnego użycia (ok. 4 USD) - płaci się za przejście bramki, więc na bilecie wielorazowym może przejść kilka osób. Bilet wielorazowy pozwala na ok. 12 przejazdów (w zależności od godzin korzystania).
    Metro kursuje bardzo często i za jeden bilet można się dowolnie przesiadać (nie wychodząc z podziemia). Generalnie, do metra jedna osoba może zabrać jeden bagaż. Kiedy my chcieliśmy wejść z plecakiem i jeszcze ponad dwoma pakunkami na głowę - strażnik nas nie wpuścił: "Metro jest ciasne i wozi się nim ludzi, a nie ogromne ilości bagażu!".  powrót

Tanie sklepy - wiadomo, im większy sklep czy supermarket, tym taniej. Ale generalnie ceny żywności (z wyjątkiem owoców) są porównywalne z cenami w Polsce.
    Nasi przyjaciele z Santiago polecili nam supermarket "Lider". Znajduje się przy głównej ulicy O'Higgins (zwanej też Alamedą), za terminalem południowego dworca autobusowego, przy stacji metra Pila del Ganso. Jak się robi zakupy, każdy wie, jedyne, co może zaskoczyć to fakt, że bułki kupuje się na wagę. W ogóle z pieczywa jest dostępny tylko stosunkowo drogi chleb krojony i kilkanaście rodzajów bułek.
    W sklepie tym można kupić chleb o przedłużonym okresie trwałości. Nie jest odporny na zgniatanie (niestety), ale w góry jest w sam raz. Można też tam kupić benzynę i gaz do gotowania. Kupiliśmy też sprytne, puszkowane obiady - kilku składnikowe pożywne dania, tylko podgrzać i jeść (niestety - nie zawsze były dostępne). Polecić możemy jeszcze chilijski specjał - miód z palmy (w puszkach lub plastikowych butelkach), jest bardzo dobry - poprawia samopoczucie w zimne andyjskie wieczory, oraz Sprimy - są to owocowe proszki do rozpuszczania w wodzie (jest na nich napisane, że na 1 litr ale na 1,5l lub 2l też może być). Taki Sprim kosztuje ok. 1/5 USD i jest po prostu pyszny! Smakuje jak wyciśnięty sok z owoców. Nasze różne koncentraty do rozcieńczania nie mogą się z nim równać.
    Jedną z rzeczy dla nas niezrozumiałych w Chile jest zwyczaj nie wywieszania informacji o godzinach otwarcia sklepów. Generalnie o godz. 10 większość jest już czynna, ale niektóre dopiero od godz. 11. Znaleźć sklep czynny od ósmej czy dziewiątej (są też takie), na którym by to jeszcze było napisane, to sztuka nie lada.
    Paseo Ahumada zaczyna się przy O'Higginsie (czyli przy Alamedzie), a kończy przy rzece Mapocho. Na deptaku tym i w najbliższej okolicy jest większość restauracji, barów, kawiarni, lodziarni, domów handlowych i banków. Ale tuż przy rzece jest największy i najtańszy targ owoców morza (w tym różnych ryb) oraz są stragany z najtańszymi owocami (np. 2 kg winogron za 500 CLP, albo 2 kg wielkich słodkich nektarynek za 400 CLP). Jest tu też dużo małych, tanich restauracyjek serwujących owoce morza w każdej postaci: smażone, gotowane, surowe czy w postaci zupy...      powrót

Kawiarnie internetowe - jest to świetny wynalazek! Spotkaliśmy ich kilka, ale najtańsza znajduje się na ul. Echaurren - przecznica do Alamedy na wysokości stacji metra Republica. Płacąc 1.000 CLP za godzinę można dowolnie korzystać z internetu i poczty. Należy tylko mieć swoje e-konto na jakiejś www (np. www.hotmail.com), ale tam na miejscu też można je sobie założyć. Pół godziny kosztuje 600 CLP. Wadą jest to, że nie zawsze mają tam kawę!         powrót

Puby, bary, restauracje - miejsc, gdzie można się napić coca-coli czy piwa, oraz zjeść coś z fast food jest dużo. Chilijskie hot-dogi, hamburgery i inne takie są.... specyficzne, nie każdemu z nas smakowały. Ale Pizza Hut, McDonalds, Burger King są takie jak wszędzie...
    W restauracji byliśmy ostatniego dnia na uroczystej kolacji. Jedliśmy typowo chilijskie potrawy takie jak Lomo a lo pobre (duży stek z jajkiem sadzonym i frytkami) czy Pastel de chocla (gotowane mięso zapieczone w słodkim cieście kukurydzianym i sałatki). Tanie restauracyjki znajdują się w dzielnicy Bellavistta na ulicy Pio Nono (za rzeką od stacji metra Baquedano). W piątkowe i sobotnie wieczory na tej ulicy właśnie najintensywniej kwitnie nocne życie. Ściąga tu wtedy młodzież z całego miasta (również dealerzy i całe chuligaństwo...), wypełniając wszystkie kawiarnie, puby i dyskoteki, tańcząc na ulicy. Można tu wtedy kupić/stracić wszystko.         powrót

Inne ciekawe miejsca w Santiago - wzgórze Santa Lucia (przy stacji metra o tej samej nazwie) z panoramą na całe miasto (i okolicę, jeśli nie ma smogu) - wejście bezpłatne.
    Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej na ul. Bandera - równoległej do Paseo Ahumada - obok Katedry. Studenci wchodzą za legitymacje, reszta za 1.500 CLP. Niestety ekspozycja jest opisana tylko po hiszpańsku.
    Muzeum - dom noblisty Pabla Nerudy - bardzo ciekawe, przewodnik mówiący po angielsku, niestety drogie 2.500 CLP, znajduje się na ul. Marquez de la Plata - przecznica do ul. Pio Nono.
    Park O'Higginsa, a konkretnie odtworzona uliczka z dawnego pueblo i bezpłatne muzeum kowbojów chilijskich. Znajduje się przy ulicy Rodriugez (stacja metra Parqua O'Higgins).
    Targowiska rękodzieła południowoamerykańskiego - można tu kupić różne rzeczy, które mogą być pamiątką z każdego miejsca na ziemi, więc z Chile też... Nie ma tu rzeczy tanich i przed kupnem czegokolwiek warto się trochę zastanowić. Ale pooglądać zawsze można. Jeden znajduje się przy Santa Lucia, po drugiej stronie Alamedy, drugi na rogu ulic Teatinos i Compania de Jesus - niedaleko opisanych tanich hoteli.     powrót

Fotografowanie - nie powiem chyba nic nowego, a może... Przed takim wyjazdem, gdy wiadomo, że będzie się robić więcej zdjęć, warto kupić filmy od razu z wywołaniem. Najlepiej jeszcze w jakimś tanim punkcie...
    Kolejną "nowiną" jest to, że zdjęcia w formatach większych niż 9 x 13 wyglądają o wiele lepiej - na tym nie warto oszczędzać.
    I jeszcze jedno - dla takich widoków i innych zjawisk przyrodniczych jak w Chile i okolicy, warto zabrać z sobą najprostszego Zenita czy Kijewa (nie mówiąc już o drogich Minoltach itp.) zamiast zwykłego "głupiego Jasia". Zdjęć z tych dwóch typów aparatów nie ma co nawet porównywać...     powrót

    - wyprawa w góry  _____________________________________________________________________

Dojazd do Puente del Inka - najlepszy i najprostszy jest dojazd autobusem. W Santiago, w południowym terminalu autobusowym (ul. O'Higgins, za stacją metra U. de Chile) jest kilkanaście firm oferujących przejazd do Mendozy przez Puente del Inca. Terminal składa się z dwóch wielkich budynków. Jeden opanowała największa firma autobusowa - TurBus, ale jest jedną z droższych. Kawałek dalej - w drugim budynku są firmy pozostałe. Tu ceny są raczej wyrównane, bilet do Mendozy kosztuje ok. 22 USD  (biletów tylko do Puente się niestety nie sprzedaje, ale autobus jadący do Mendozy na życzenie zatrzymuje się w Puente del Inka). Przy kupnie biletu trzeba mieć paszport. Godziny wyjazdu są różne, zależnie od firmy, generalnie jednak w trzech blokach: 6-8, 13-15, 22-24. Droga do Puente zajmuje ok. 4 godzin. Autobusy są luksusowe - klimatyzowane, z toaletą i z małym poczęstunkiem po drodze, ale przez ostatnie dwie godziny i tak nie da się oderwać od okien!
    Na dworcu, można też wykupić przewiezienie mini busem za ok. 25 USD od osoby, ale z pewnych względów nie jest to wskazane dla wypraw górskich! (wyjaśnienie poniżej).
    Kiedyś jeszcze można było dojechać do Puente kolejką wąskotorową. Niestety, już dawno nie jeździ. Tory, wiadukty, tunele, stacje, słupy - niszczeją wzdłuż całej drogi zasypywane kamiennymi lawinami. Kiedyś to musiało wspaniale wyglądać...

powrót

Przekraczanie granicy argentyńskiej - granica znajduje się na wysokości ok. 2700 m n.p.m. i jest tam dużo zimniej niż w Santiago.
    Na granicy jest duża biurokracja - przy każdym jej przekraczaniu trzeba wypełniać małe formularze (taki sam jaki się wypełnia na lotnisku po przylocie - lepiej tego potem nie gubić!).
    Opuszczamy Chile. Jedziemy dalej autobusem przez ok. 10 min. W tym czasie konduktor przechodzi między siedzeniami i do kubka zbiera drobne sumy od podróżnych - na łapówkę dla celników. Nasz przedstawiciel pogadał z konduktorem i daliśmy 20 USD od całej grupy (potem dowiedzieliśmy się, że "oficjalna" stawka to 1 USD od osoby...).
    Wjeżdżamy do Argentyny. Pogranicznicy wbijają pieczątki, a w tym czasie celnicy przeszukują bagaże. W Argentynie żywność jest stosunkowo droga i dlatego nie wolno jej przywozić z tańszego Chile. Na szczęście, nasz konduktor znał się na swojej robocie - pogadał z jakimś celnikiem i nasze bagaże (pełne żywności) "przypadkiem" nie były brane do kontroli... I tu się ujawnia wyższość jazdy autobusem nad wynajęciem minibusa - celnicy mogą przymknąć oczy na kilka sztuk bagażu i skoncentrować się na kilkudziesięciu innych, a w takim minibusie plecaki są po prostu na wierzchu, chyba że łapówka jest wystarczająco duża, by je zasłonić...
    Podobnie wygląda to przy jeździe w drugą stronę: formularze, łapówka, przeszukiwanie bagaży, tylko że Chilijczycy robią to z innego powodu - boją się, żeby ktoś nie przywlókł im jakiejś zarazy. Do Chile nie wolno wwozić żadnych nasion, przetworów roślinnych i zwierzęcych ani owoców. Tolerowana jest tylko hermetycznie pakowana żywność tzw. turystyczna. Wracać więc można już spokojnie, wynajętym busem - bo praktycznie, co można mieć podejrzanego poza końcówką produktów turystycznych. Na tej granicy wypełnia się jeszcze deklaracje, że nie przewozi się tych zakazanych towarów (na lotnisku po przylocie też nam przeszukiwali bagaże pod tym kątem!).     powrót

Wykupienie zezwoleń na Aconcagua - ceny się ciągle zmieniają, w tym roku pozwolenie na atak szczytowy w środku sezonu kosztowało 120 USD, a treking 40 USD (w innym terminie 100 USD i 30 USD). Sezon trwa od grudnia do połowy marca.
    Osoby, które nie ukończyły 21 roku życia, a chcą wchodzić powyżej Plaza de Mulas (baza na wysokości 4300 m n.p.m.) - muszą mieć z sobą pisemne, potwierdzone notarialnie i przetłumaczone na angielski lub hiszpański zezwolenie obojga swoich rodziców, ze wskazaniem osoby odpowiedzialnej za nią w tym czasie.
    W tym roku pozwolenia na atak i treking można było sobie załatwić przez internet (podobno w następnym nie będzie się już dało - tak mówił strażnik Parku - nam się nie chce w to wierzyć, ale może faktycznie wprowadzą jakieś ograniczenia...). Poprzez sieć przesłaliśmy do Mendozy  potrzebne dane, zostało to wszystko wydrukowane, podbite, a na przełęczy (w Puente del Inca) czekało na nas już gotowe do wykupienia. Taki "manewr" kosztował nas dodatkowe 20 USD od całej grupy, ale nikt z nas nie musiał jechać po nie do Mendozy i nie traciliśmy przez to czasu na oczekiwanie. Jak tego dokonaliśmy? Przede wszystkim korespondując z odpowiednim człowiekiem - Ferrnando Grajales (czyt.Grahales), właściciel firmy mulniczej. On, za to, że będziemy korzystać z jego mułów, załatwił nam w Mendozie pozwolenia. Co prawda chciał, aby pieniądze przelać mu wcześniej, ale my nieszczególnie paliliśmy się do takiego pomysłu - nie wiadomo, gdzie one trafią... A tak, to wszystko jasne: dostajemy dokumenty - płacimy. Jego firma ogłasza się na oficjalnej stronie Parku. (Grajales pisał do nas po hiszpańsku, ale niektóre firmy korespondują w języku angielskim np. Rudy Parra). Inne firmy mulnicze (również się ogłaszają) też mogą w taki sposób załatwić pozwolenia. Wynajmując muły dopiero w Puente del Inca można się targować i czasami udaje się płacić trochę mniej niż wynajmując je przez internet. Ale za to nie ma pewności, że po przyjeździe będzie tam akurat potrzebna ilość mułów...        powrót

Zezwolenie na treking - wbrew pierwszemu wrażeniu nie jest to taka głupia sprawa. Treking jest kilkakrotnie tańszy od zezwolenia na atak szczytowy, teoretycznie nie pozwala na chodzenie powyżej Plaza de Mulas, ale przez cały czas naszego tam pobytu nikt nie sprawdzał, jakie zezwolenie wykupiliśmy. Dlatego myślimy, że dla tych, którzy z założenia nie będą atakować samego szczytu, a tylko chcą poczuć klimat bazy, wyjść do pewnej wysokości czy pochodzić po okolicznych szczytach i przełęczach, takie zezwolenie jest bardziej atrakcyjne.
    W przypadku trekingu, osoby, które nie ukończyły 18 lat, muszą mieć takie samo pozwolenie od rodziców, jak opisane powyżej.     powrót

Muły - nie są tanie... Ceny zmieniają się co rok i aktualne na pewno można dostać przez sieć od poszczególnych firm. Przykładowe ceny z tego roku (z każdym kolejnym mułem cena nieproporcjonalnie rośnie): 1 - 140 USD, 2 - 200$, 3 - 250$, 4 - 350$, 5 - 400$, 6 - 500$, 7 - 550$... Jeden muł zabiera 60 kg bagażu i ani grama więcej. Można wypożyczyć na miejscu worki, które będą przytroczone do mułów, ale my mieliśmy uszyte pokrowce na plecaki (przydają się na czas transportu samolotami), w których jechały nasze rzeczy. Mulnicy mają również wprawę w przewożeniu benzyny - nie trzeba się obawiać, że się po drodze wyleje. Kupując muły na drogę powrotną w tej samej firmie, otrzymuje się 10% zniżki.
    Wykupując muły u Grajalesa, bez dopłat ma się transport z Puente do bramy Parku (pierwsze 5 km, z czego trzy asfaltem). Być może inne firmy też mają taki zwyczaj, ale tego nie wiemy...
    Czytaliśmy relację studentów z Olsztyna, którzy nie korzystali z mułów. Wszystkie swoje rzeczy (ponad 40 kg na głowę) wnosili do bazy sami. Zajęło im to pięć dni - wahadłowego chodzenia po kawałku...
    Nas było 13 osób, pod górę wzięliśmy 6, a w dół 3 muły.        powrót

Gorące źródła - w Puente del Inca. Świetna sprawa. Źródła są obudowane, osłonięte od wiatru i kurzu, zadaszone, z kafelkami na dnie dużych wanien - naprawdę! Jeśli tylko nie zrazi kogoś specyficzny zapach i kolor "siarkowej" wody, to może się wykąpać. Najlepiej późnym wieczorem, w nocy lub wczesnym rankiem - w ciągu dnia przez to stare sanatorium (bo to jest właśnie stare sanatorium) przechodzą takie tłumy ludzi (tubylców i turystów), że każdego normalnego człowieka wyprowadza to z równowagi - dziesiątki gapiów zagląda do łazienki w trakcie mojej kąpieli!
    Przed wyjściem w góry taka kąpiel jest atrakcją, trzy tygodnie później, po powrocie - błogosławieństwem...     powrót

Kartki pocztowe z Aconcagua - rzecz prozaiczna, ale po co przepłacać... Kartki takie można kupić w Puente (w Santiago takich nie ma) w kilku miejscach. Na straganach z pamiątkami ładniejsze są za 1 USD, pozostałe  za 1/2 USD, ale w kiosku przy restauracji też za 1/2 USD można kupić naprawdę ładne widoczki (a oprócz tego różne gadżety z Aconcagua).        powrót

Słońce andyjskie - niby wszyscy wiedzą, ale przypominamy: nie wolno go lekceważyć. Należy zawsze chodzić w czapce i w okularach - inaczej jest gwarantowany udar i ból oczu. Warto też nosić jakąś chustę chroniącą uszy i kark. Nie należy też żałować sobie kremu z wysokim faktorem na twarz i inne wystawione na słońce części ciała. Ci z nas, którzy się do tego wszystkiego nie stosowali - oprócz "normalnych" oparzeń, mieli bardzo spuchnięte twarze i ręce.
    Bardzo praktyczne są w takich warunkach okulary przeciwsłoneczne, tzw. alpejskie - z osłonami po bokach, zwłaszcza, kiedy się chodzi po odbijającym światło śniegu. Niektórzy z nas nie kupowali drogich okularów alpejskich, wystarczyły im zwykłe spawalnicze - dziesięciokrotnie tańsze. Ale wszystko jest kwestią gustu...     powrót

Powrót z Puente del Inca do Santiago - można próbować jechać autostopem - ruch jest bardzo duży, ale nikomu się to nie udaje, szkoda czasu...
    Można zarezerwować sobie autobusowy bilet powrotny od razu przy kupnie biletu w tą stronę. Ale jest się wtedy ograniczonym datą powrotu.
    Można też w Puente za hotelem, w biurze mulników zarezerwować sobie bilet, ale tylko na autobus, który jeszcze nie wyjechał z Mendozy (czyli będzie tu najszybciej za cztery godziny) i jeśli są jeszcze miejsca.
    Można jeszcze próbować łapać przejeżdżające autobusy, które - jeśli mają wolne miejsca, zatrzymują się - bilet kupuje się u konduktora. W obu przypadkach cena jest taka sama, jak w tę stronę (czyli 22 USD).
    Można też opłacić minibusa do Santiago za ok. 25 USD od osoby. Załatwia się to u szefa restauracji hotelowej w Puente del Inka, najlepiej wieczorem, na dzień następny.
     Natomiast do Mendozy jeżdżą stąd regularne argentyńskie autobusy (dwa na dobę) i bardzo często minibusy.   powrót

Nocleg w Puente - można spać w hotelu, w schronisku (za 10 USD) lub bezpłatnie na kawałku piaszczystej łąki. W namiocie lub obok - jeśli ktoś lubi kurz... Na środku małego placu jest kran z pitną wodą. Jest też niedaleko prymitywny wychodek (dla niektórych korzystanie z niego było poniżające...)        powrót

Przy bramie Parku Narodowego Aconcagua - tutaj sprawdzane są zezwolenia (tzw. permity) na wstęp (i pozwolenia od rodziców - nieletni), dokonywany jest wpis do księgi wejść, dostaje się bilet, schematyczną mapkę doliny i szczytu. Pobiera się też numerowane worki na śmieci - przy wychodzeniu z Parku należy je tu osobiście zwrócić pełne śmieci, lub pokazać potwierdzenie w permicie od firmy mulniczej, która je zwiozła na dół (pod groźbą grzywny!). Przy wychodzeniu z Parku również oddaje się pozwolenia, nie należy więc ich gubić...
    Ponieważ strażnicy Parku są  reprezentatywni dla tego kontynentu, jeśli chodzi o podejście do spraw biurowych, to załatwienie tych kilku formalności może potrwać kilkadziesiąt minut...     powrót

Droga do Plaza de Mulas - do tej bazy prowadzi jedna droga, można ją tylko podzielić na różne etapy. My pokonaliśmy ją w trzech kawałkach.
    I. Od bramy Parku do miejsca zwanego Confluencia (3300 m n.p.m.) - ok. 3,5 godziny łagodnie pod górę z "normalnymi" plecakami ważącymi około 15 kg. W nocy u niektórych pojawiły się pierwsze kłopoty żołądkowe.
    II. Wycieczka aklimatyzacyjna z Confluencji doliną w kierunku Plaza Francia (4300 m) i z powrotem. 6 godzin w górę i 2,5 w dół. Kolejne osoby mają nudności i zawroty głowy.
    III. Z Confluencji do Plaza de Mulas od 6 do 10 godzin, zależy jak kto się czuje.
    Woda pitna (tzn. nie zamulona) - w Puente del Inca, przy bramie Parku, w Confluencji, okresowo w połowie drogi do bazy i w bazie. W przypadku biwakowania gdzieś przed Plaza de Mulas należy się wcześniej zaopatrzyć w wodę w odpowiedniej ilości.
    Podobnie z żywnością. Większość pojechała na mułach, my niesiemy jej tylko na trzy dni. Gdyby z powodów zdrowotnych ktoś musiał jeszcze biwakować przed bazą, to nie miałby co jeść... To nie było do końca przemyślane...
    A w drodze do bazy, najgorsze jest to, że po kilku godzinach marszu z "coraz cięższym" plecakiem w kurzu i upale, w ostatniej godzinie jest do pokonania największe przewyższenie! Kilkaset metrów! Taka perspektywa może człowieka dobić, dlatego myśleliśmy przez chwilę o jeszcze jednym biwaku, ale jakoś się zebraliśmy i udało się...
    Jednym z elementów urozmaicających monotonię marszu wielką doliną, są pędzące stada mułów i poganiacze na koniach. Lepiej wtedy zejść z drogi tej rozpędzonej masie. Muły bardzo kurzą i same sobie ograniczają widoczność - w takich warunkach nie trudno im zahaczyć bagażem o idącego środkiem drogi człowieka. Jednemu z nas to się właśnie przydarzyło - efektem były potłuczone kolana i termos.       powrót

Warunki na bazie - Plaza de Mulas jest bardzo ciekawym miejscem, przede wszystkim z powodu ludzi, których się tu spotyka. W większości są młodzi, wysportowani, uśmiechnięci i bardzo sympatyczni. Mieszanka z wszystkich krajów i kontynentów. Spotkaliśmy też kilkunastu Polaków... Bez obaw można tu pozostawić na cały dzień (a nawet na kilka dni) namiot ze swoim dobytkiem.
    Warunki w bazie nie są komfortowe, ale szybko się do nich tęskni, gdy przyjdzie biwakować gdzieś wyżej...
    Wodę do picia można nabierać tylko rano (wcześniej trzeba sobie wyrąbać małą przerębel w strumyku), bo od południa, gdy już zniknie lód z brzegów, woda robi się bardzo zamulona. Można pożyczyć łopatę od stacjonujących tu strażników i przygotować sobie w miarę płaski, mały taras-platformę pod swój namiot. Żeby namiot nie "odleciał" w nocy, trzeba go mocno obłożyć kamieniami - a tych tutaj nie brakuje. Istnieje możliwość kąpieli pod prysznicem z ciepłą wodą, przez pięć minut za 10 USD. Są tu dwa rodzaje toalet: dziura w ziemi osłonięta kawałkiem brezentu i tzw. ekologiczne - eleganckie plastikowe budki - dwutygodniowy karnet na nie kosztuje 15 USD. Można też porozmawiać z Polską przez radiotelefon: 3 min. za 18 USD (ale nie w niedzielę). Za kilka dolarów można tu kupić puszkę coli czy piwa, zamówić chleb dowożony mułami...
    Na bazie jest też lekarz, a wykupienie permitów upoważnia do korzystania z obsługi medycznej.
    Po drugiej stronie doliny (30 min. drogi) jest hotel. Obowiązujących tam cen można się domyślać...
    Miłym zwyczajem panującym na bazie jest zostawianie nadmiaru żywności i paliwa przez ekipy, które już schodzą. Nas kilka razy w ten sposób obdarowano, dostaliśmy czekoladowe kremy, suszone owoce, mleko w proszku, benzynę i inne dobra w niemałych ilościach. My też przez zejściem zostawiliśmy część jedzenia i paliwa naszym rodakom.
    Przez kilka pierwszych dni mieliśmy bardzo dobrą pogodę. W tej głębokiej dolinie słońce wstaje późno (po godzinie dziewiątej), w ciągu dnia jest jednak ciepło - o ile nie wieje wiatr. W nocy jest zimno i bardzo wietrznie. Woda nie zabrana na noc z przedsionka do namiotu - zamarza.
    Niestety, od połowy naszego pobytu na bazie, nastąpiło gwałtowne pogorszenie pogody. Było zimno i spadło mnóstwo śniegu! Śnieg mocno przysypywał namioty i trzeba go było co jakiś czas odgarniać, żeby się nie połamały (było to szczególnie przykre w nocy...).      powrót

Zejście do Puente - szybko maszerując można tam dojść z plecakami w 7 godzin - potem się długo leczy stopy... Najlepiej chyba zrobić tą trasę w dwa dni. Jak się ma szczęście, to przy bramie można się załapać do jakiegoś auta jadącego do Puente, a gdy się szczęścia nie ma - to od bramy jest jeszcze kilka kilometrów...
    Niektórzy z nas, przez kilka dni od wyjścia z Plaza de Mulas mieli co rano krwotoki z nosa - taka reakcja organizmu... powrót

Przymarznięte namioty - to nas zaskoczyło. W trakcie ataku szczytowego na kolejnych bazach rozbijane (na śniegu) były namioty szturmowe (vauDe). Po przespaniu w nich kilku nocy przymarzły do podłoża (topniejący śnieg zamarzał ponownie wokół i pod namiotami). Odkuwanie czekanami grubej warstwy lodu od kołnierzy namiotów trwało na tej wysokości... osiem godzin! I, niestety, namioty częściowo się przez to potargały. Dwie ekipy przez dwa dni wychodziły z bazy na górę tylko po to, by odkuć namioty, reszta sprzętu była już zniesiona. To było jak z jakiegoś koszmaru! Nigdy wcześniej o takim zjawisku nie słyszeliśmy i się przed tym nie zabezpieczaliśmy. Właściwie to nadal nie wiemy, jak się przed tym uchronić? Rozkładać pod namiotem folię NRC...? Czy jakoś inaczej...?     powrót

Paliwo do gotowania - w Santiago bez problemów można kupić przebijane bluety butanowe, oraz nakręcane epigazy propan-butan. Po dłuższych poszukiwaniach można znaleźć dowolną kombinację rodzaju kartusza (przebijane/nakręcane) i zawartości (butan/propan-butan), nawet z różnymi proporcjami propanu do butanu. W normalnej sprzedaży jest też benzyna (Bencina Blanca) do palników benzynowych. Można to wszystko kupić w sklepach Ferreteria, oraz w domach handlowych Ripley i Lider - dział sportowy. Benzyna jest w litrowych plastikowych butelkach - niektóre zakrętki były nieszczelne! Śpiwór, ubrania i chińskie zupki - wszystko śmierdziało benzyną... Ceny paliwa są zróżnicowane - warto pochodzić i poszukać tańszych.
    My, w bazie gotowaliśmy na benzynie i na gazie butanowym (butle przebijane), a wyżej na gazie propan-butan (ale prawdopodobnie sam butan też by się palił...). Widzieliśmy też na Nido de Condores innych ludzi gotujących na benzynie, ale były to palniki Coleman'a (w miarę bezpiecznie można z nich korzystać wewnątrz namiotu przy silnym wietrze), a nie rosyjskie juwle.        powrót

Kupione w Polsce, kupione w Chile - W kraju kupiliśmy: chińskie zupki, gorące kubki, inne różne zupki w proszku, konserwy turystyczne i szynkę mieloną w plastikowych opakowaniach (!), purre z boczkiem, kaszki, herbatę, czekoladę, niektórzy pakowane hermetycznie kabanosy, pastylki "Pluszzz", glukozę, filmy do aparatów. Oprócz tego wyposażenie apteczek osobistych (APAP!) i kremy z filtrem.
    W Chile dokupiliśmy: makarony, pieczywo i chleb o przedłużonej trwałości, sucharki, ryż z sosem w torebkach, Sprimy, suszone owoce, cebulę, mleko w proszku, dżemy, miód, ryby w puszkach. A także baterie i oczywiście benzynę oraz gaz. W Chile nie ma konserw mięsnych.
    Teraz już wiemy, że nie musieliśmy niektórych rzeczy wozić z kraju. W Chile mogliśmy jeszcze kupić: gorące kubki, zupy w proszku (pieczarkowe i pomidorowe), salami, czasem "chińczyki", kawę, herbatę oraz czekolady nadziewane.        powrót

    - wyprawy po Chile  _________________________________________________________________________

Poruszanie się po Chile - można pociągiem, ale w bardzo ograniczonym zakresie, po za tym ceny biletów na pociąg i jakiś tańszy autobus są porównywalne. Dworzec kolejowy w Santiago znajduje się przy Alamedzie przy stacji metra Estacion Central.
    Najprościej autobusem - istnieje kilkanaście konkurujących ze sobą firm, a ceny są zróżnicowane. Największą firmą jest TurBus, dojeżdża prawie wszędzie. Firma ta oferuje przejazdy trzema klasami autobusów - zależnie od ceny, jaką jesteśmy gotowi zapłacić. Ale generalnie jest to najdroższa firma. Kiedyś w jedną stronę jechaliśmy TurBusem, a w drugą konkurencją - prawie o połowę taniej (!) (za to bez video, bez poczęstunku i bez koca do przykrycia się w nocy).
    W Chile komunikacja między miastami jest oparta przede wszystkim na autobusach. Dlatego system ten działa lepiej niż nasze PKS. Autobusy są nowe, luksusowe, z toaletami. Zawsze oprócz kierowcy jest konduktor, który zajmuje się tylko pasażerami i bagażami. Pyta każdego, gdzie chce wysiąść (czy na terminalu czy gdzieś wcześniej) i zapisuje to sobie. Potem np. budzi danego pasażera i mówi, że zbliżamy się do miejsca, w którym chciał wysiąść. Konduktor pilnuje również, aby bagaże tych, co nie jadą do końca, były z brzegu bagażnika od strony pobocza - szybko się je potem wyciąga. Do każdej sztuki bagażu jest przyczepiany kwit, którego drugą cześć ma pasażer, i czasami nie dostanie swoich pakunków, dopóki przy wydawaniu konduktor nie sprawdzi numerów.
    W Santiago są dwa dworce autobusowe. Południowy (opisany już) i Północny na ulicy Tucapel Jimenez (przecznica do Alamedy - obok wiaduktu nad ul. Rodriguez). Nazwy terminali informują, z którego dworca jedzie się w daną stronę kraju... Wybierając jakąś firmę należy sprawdzić w każdej innej, czy gdzieś nie jest przypadkiem taniej. W innych miastach (bardziej nastawionych na turystykę) przy terminalach są małe firmy wycieczkowe, które oferują transport (często z pilotem) do najciekawszych miejsc w okolicy - wycieczki objazdowe (również należy sprawdzić ceny u konkurencji albo się targować -  zwykle coś tam spuszczają...).
    Ceny za przejazdy autobusowe są niemałe. Z Santiago do Puerto Montt (1100 km na południe) zapłaciliśmy w TurBusie 9.900 CLP, a z powrotem 6.000 CLP u konkurencji. Autobus do Antofagasty, będącej punktem startowym na Atakamę (1.400 km na północ) kosztuje co najmniej  16.000 CLP. Wszystko jest kwestią kalkulacji: co się chce zobaczyć i ile za to jest się gotowym zapłacić.
    Przed podróżą w kilkuosobowej ekipie należy się zastanowić, czy nie lepiej wypożyczyć sobie auto osobowe lub minibusa.

powrót

Przewodniki - nie rozstawaliśmy się z nimi na krok. Przy zwiedzaniu krają są praktycznie niezbędne. Polecamy angielskojęzyczny Lonely Planet "Chile & Easter Island a travel survival kit", lub trzytomowy hiszpańskojęzyczny przewodnik po Chile wydawany przez chilijską firmę telefoniczną CTC. Każda część niesamowicie dokładnie opisuje wybrany fragment kraju: północ, rejon centralny lub południe. Jest do kupienia w każdym większym kiosku w stolicy (można kupić też tylko jedną część). Nie jest tani, bo ok. 10.000 CLP za tom. Każdy przewodnik zawiera bardzo dokładne mapy samochodowe, plany wszystkich większych miejscowości, opisy i plany dojazdu do wszystkich Parków Narodowych i innych atrakcji turystycznych. Lonely Planet przydaje się ze względu na  mnóstwo adresów restauracji, barów, hoteli, tanich schronisk, campingów, kantorów, dworców, informacji turystycznych itp. Bez dobrego przewodnika człowiek nie jest w stanie dotrzeć do wielu miejsc, a jeśli mu się to uda, często nie potrafi docenić tego, co widzi..
    W punktach informacji turystycznej można dostać (czasami tylko kupić) angielskojęzyczne ulotki czy inne opisy najciekawszych miejsc w okolicy. W Santiago taki punkt znajduje się oczywiście na Paseo Ahumada. Główne biuro informacji turystycznej Sentatur znajduje się na ul. Providencia 1550 (przedłużenie Alamedy w kierunku wschodnim). Można tam otrzymać bezpłatnie rozmaite wydawnictwa - książeczki o parkach narodowych, o zabytkach Santiago, adresy campingów i hoteli, uproszczone mapy. Oprócz tego anglojęzyczna obsługa pomaga w uzyskaniu różnych innych informacji, niestety my do nich dotarliśmy tuż przed powrotem.
    W Chile parkami narodowymi opiekuje się Conaf (Chiles Corporacion Nacional Forestal, adres w Santiago: Avenida gen. Bulnes 285) i w każdym mieście w jego siedzibie można nabyć ulotki o okolicznych parkach (najtaniej ulotki o interesujących nas parkach można kupić w stolicy, po 100 CLP). Niestety nie wszystkie ulotki są tej samej jakości. W niektórych poza nazwą i opisem dojścia jest tylko nieczytelna zupełnie mapka i tyle...     powrót

Noclegi poza Santiago - w każdej turystycznej miejscowości zaraz po wyjściu z autobusu jest się zasypywanym ofertami noclegów w kwaterach prywatnych, hotelach czy schroniskach. Można porównać oferowane usługi z cenami i coś wybrać. Zwykle za kilka dolarów można otrzymać łóżko z pościelą, gorący prysznic, wstęp do kuchni i obowiązkowo śniadanie kontynentalne (zawsze jest to jedna lub dwie bułki z serem lub dżemem i do tego kawa lub herbata - bardzo skromnie...). Najtaniej jednak w czasie wakacji wychodzi spanie na podłodze w schronisku młodzieżowym (organizowanym w szkole - około 2 USD) z możliwością kupienia sobie ciepłego prysznica.
    Można też spać na campingach, zwykle w ogrodzie u gospodarza, za ok. 1.000 - 2.000 CLP za osobę, z możliwością kupienia prysznica i śniadania kontynentalnego... (niektóre campingi, mają prysznic w cenie). Wjeżdżając na camping zawsze można się targować, czasami to skutkuje...
    Campingi Conafu przy Parkach są dobrze wyposażone w sprzęt biwakowy (stoliki, toalety, prysznice), ale stosunkowo drogie dla pojedynczych osób np. 6.000 CLP za namiot.
    Parę razy spaliśmy "na dziko", rozbijając namiot przy drodze na peryferiach miasteczek. Nikt nas wtedy nie zaczepiał, ale zawsze zwijaliśmy się wcześnie rano, żeby nie prowokować...      powrót

Wypożyczenie samochodu - w Santiago jest dużo wypożyczalni. Niektóre informują, że ich pracownicy mówią po angielsku. Adresy można znaleźć w książce telefonicznej. W opisanym schronisku młodzieżowym - Youth Hostel, są wystawione oferty z cenami z kilku wypożyczalni. Ale prawie zawsze można znaleźć tańsze...
    Z naszych obliczeń wynikało, że przy podróży na północ (do Atakamy lub dalej), bardziej opłaca się wypożyczyć na tydzień samochód (dla czterech osób), niż płacić za autobusy. Podobnie przy podróżach krótszych i bliższych, ale w większej ekipie - wynajęcie minibusa. Aby móc wypożyczyć samochód, należy mieć ze sobą aktualne Międzynarodowe Prawo Jazdy (a także krajowe!).
    W przypadku wypożyczenia auta należy (oprócz normalnej opłaty wg cennika) wpłacić kaucję ok. 650 USD (gotówką lub kartą płatniczą). Należy liczyć się z tym, że w przypadku drobnej stłuczki (nawet ewidentnie nie z naszej winy), małego zarysowania lakieru lub szyby, zepsucia się jakiegoś urządzenia - kaucja w całości lub części będzie zatrzymana! (samo prawo jazdy nie wystarczy - trzeba jeszcze umieć jeździć...). Przed podpisaniem umowy należy dokładnie (bardzo dokładnie!) oglądnąć auto od zewnątrz i w środku, i każdą najmniejszą rysę zaznaczyć w umowie. Należy również sprawdzić wyposażenie (stan opon, trójkąt, podnośnik, koło itp.), a przed zapaleniem silnika skontrolować poziom oleju (w Chile nie zaglądają tam przed zapaleniem się kontrolki!). Zaskoczyło nas to, że dostaliśmy auto z praktycznie pustym bakiem - powiedziano nam, że możemy je oddać też z pustym.
    Nam się udało. Na początku, w wyniku długotrwałych negocjacji (i z powodu braku forsy) "zeszliśmy" z kaucją do 300 USD (nic dziwnego - szefem firmy jest p. Rosenkrantz). Za auto z klasy ekonomicznej, pożyczone na tydzień zapłaciliśmy 270 USD i po powrocie jeszcze extra 30 USD (taka była umowa - z powodu tej niskiej kaucji...). Tym małym autem okazał się... nowiutki Dewoo Lanos (jak oni to zrobili?). Auto wróciło trochę zakurzone i starsze o 4.000 km, ale bez zarysowań - kaucję nam zwrócono.
    Przykładowa cena za busa (maksymalnie 12 osób) to 550 USD za 6 dni, kaucja 650 USD.
    Zauważyliśmy, że z tej formy podróżowania korzysta bardzo wielu turystów - głównie z USA i UE. Można próbować montować ekipę do spółki z jakimiś turystami z hotelu...     powrót

Jazda samochodem po Chile - najważniejsze: jeżdżą normalną stroną drogi. Poruszanie się autem po Santiago wymaga stalowych nerwów i dobrego refleksu. Wyjechanie i potem powrót do tego miasta to najbardziej ryzykowny odcinek, jeśli chodzi o porysowanie auta! W miastach Chile obowiązuje system uliczek jednokierunkowych z niespodziewanymi zmianami pierwszeństwa (ale oczywiście dobrze oznakowane). Szybko jednak można ten system opanować.
    Droga główna, tzw. autostrada panamerykańska, jest bardzo dobrze oznakowana, profilowana i w ogóle przyjazna dla kierowcy. Inne drogi główne również. "Autostrada" jest autostradą niestety tylko na krótkim odcinku, w większości jest to po prostu dobra droga jednojezdniowa. Drogi podmiejskie tzw. utwardzane w rzeczywistości są szutrowe, ale jeszcze w miarę spokojnie można po nich jechać. Trzeciorzędowe drogi - wiejskie, to już wertepy (porównywalne z naszymi, częściej używanymi drogami polnymi); są zaznaczone na mapach, ale szybko jeżdżą po nich tylko terenowe pick-up'y i ciężarówki. Nam raz wypadło jechać na skróty taką drogą... 30-45 km/h przez kilka godzin.
    Z różnic w przepisach drogowych najważniejsze są ograniczenia prędkości: 100 km/h w terenie niezabudowanym i 50 km/h w zabudowanym (spotkaliśmy lotne kontrole radarowe). Z większym niż u nas entuzjazmem ścigane jest parkowanie w niedozwolonym miejscu. Co kilkaset kilometrów są szlabany w poprzek drogi - Carabinieros de Chile - obowiązkowa kontrola wszystkich pojazdów. Ale najczęściej wystarczyło się tylko zatrzymać, a oni od razu machali ręką, żeby jechać dalej. Są też płatne odcinki autostrady (ok. 3,5 USD w dzień powszedni i 6 USD w weekend) oraz płatne przejazdy przez niektóre tunele, ale z możliwością objechania ich górą przez serpentyny.
    Stacje benzynowe są w miastach w ilościach ogromnych i przy trasie na północ co 200 km (wszystkie całodobowe). Przy jeździe na południe stacje są zdecydowanie gęściej. Natomiast rzadkością są stacje przy drogach odchodzących w bok od "panamericany". Trzeba pilnować wskaźnika poziomu paliwa (u nas tego się tak nie odczuwa...). W przewodniku chilijskim, na mapie drogowej są zaznaczone wszystkie stacje. Im dalej od stolicy (w każdą stronę), tym ceny paliwa są wyższe.    powrót

Parki Narodowe - każdy park jest inny, ale kilka cech mają wspólnych. Nie dysponują żadnymi wydawnictwami, z wyjątkiem broszurek CONAF-u (kartka formatu A-3, ale mapki są tak ogólnikowe, że prawie nieczytelne), szlaki turystyczne są nieliczne, np. 2-3 na park, oznakowane z rzadka drewnianymi tabliczkami związanymi z  charakterystcznymi miejscami (np. Jezioro Triangular - 9,5 km; Jezioro Triangular - 4,5 km; Jezioro Triangular - 1 km). Oprócz tego, niektóre parki oferują ścieżki spacerowe lub edukacyjne, prezentujące najciekawsze zjawiska przyrodnicze. Bilety wstępu kosztują 2-3 USD.
    W Parkach czasami są campingi - całkiem dobrze przygotowane, za to płatne od namiotu, co przy pojedynczych osobach wychodzi drogo. Często są schrony z możliwością rozbicia przy nich namiotu - bezpłatne, za to bez żadnej infrastruktury.
    Wszystko może być chronione przez park narodowy - całkiem dziki las, jezioro, po którym regularnie pływają statki, pojedyncza skała wystająca z oceanu, sztuczny zalew czy plantacja drzew. Znaleźliśmy nawet teren chroniony (szczęście, że bez statusu parku), którym także opiekował się CONAF, a który sprawiał wrażenie wielkiej latryny połączonej z wysypiskiem śmieci.
    Generalnie, parki CONAF-u (czyli większość) sprawiają wrażenie, że Chilijczycy nie potrafią wypromować największego swojego skarbu, a szkoda - każdy z nich wart jest odwiedzenia.   powrót

(A)
Lokalne potrawy - z potraw regionalnych i typowych dla Chile jedliśmy:
    curanto - potrawa z wyspy Chiloe, podawana głównie na wybrzeżu; składają się na nią gotowane małże, kawałek kurczaka, wołowiny, kiełbaska, ziemniaki, kluski z kaszy manny i dwa sosy; duże przeżycie dla tych, którzy mają po raz pierwszy do czynienia z małżami;
    empanada al horno - coś w rodzaju dużego pieroga, pieczonego w piecu, w środku można znaleźć mięso mielone, cebulę smażoną, jajko na twardo, oliwkę, czasami kawałki gotowanej wołowiny;
    empanada frito - to samo, tylko mniejsze i smażone;
    inne empanady - z jabłkiem - na zimno, z serem żółtym - na ciepło;
    berliner - przypomina pączka, tylko z bardzo żółtym ciastem, nadziewanego budyniem lub masłem czekoladowym;
    kuchen - ciasto owocowe "domowej roboty" sprzedawane w Krainie Jezior, pozostałość po osadnictwie niemieckim, tak jak i apfelstrudel - rolada jabłkowa;
    hamburgesa - tutejsza odmiana hamburgera, nie każdemu smakowało;
    lomo - coś w rodzaju hamburgera, ze stekiem zamiast kotleta mielonego;
    lomo a lo pobre - gruby stek z jajkiem sadzonym, frytkami i smażoną cebulą;
    pastel de choclo - mięso mielone z cebulą, oliwkami i rodzynkami, zapiekane w słodkim cieście kukurydzianym, podawane z sałatką z pomidorów i cebuli; tworzy to niebanalną kompozycje smakową.
    Mieliśmy jeszcze ochotę na parilladę, czyli mieszankę różnych mięs z grila, ale finanse nam nie pozwoliły - była 3-4 razy droższa niż stek, pastel lub curanto.
     Poza tym Chilijczycy na ulicy namiętnie jedzą completo (hot dog z rozmaitymi dodatkami), pollo (kurczak z rożna podawany z ryżem, puree lub frytkami) i wszelkiego rodzaju kanapki.
    Do ciekawostek należy sprawa pieczywa. Chleb jest stosunkowo drogi i rzadko kupowany, bo wszyscy jedzą sprzedawane na wagę bułki, o połowę tańsze. Wśród nich dużą popularnością cieszą się "takie płaskie i z dziurkami", które w każdym sklepie nazywają się inaczej, ważne, żeby były świeże, bo inaczej zapychają jak zbyt gęste podpłomyki. powrót
(A)
Biura podróży - w Puerto Montt i w San Pedro de Atacama mieliśmy okazję zetknąć się z lokalnymi biurami podróży, zapewne nie różnią się one wiele od pozostałych. Wszystkie mieściły się w niewielkich pomieszczeniach obwieszonych zdjęciami ilustrującymi proponowane wycieczki. Oferta takich biur jest ograniczona do kilku wycieczek; w danym mieście wszystkie biura proponują to samo za zbliżoną cenę, ulgowo traktując większe grupy.
    Przykładowo w Puerto Montt wszystkie biura, na dworcu autobusowym zgrupowane w jednym kącie budynku, a także te w porcie Angelmo, proponują zwiedzanie wyspy Chiloe, wyjazd wokół jeziora Llanquihue do parku narodowego Jezioro Wszystkich Świętych (z obiadem w restauracji po preferencyjnej cenie, o wiele niższej niż w karcie) i dwudniową wyprawę na południe słynną drogą Carretera Austral. Przypadkiem znaleźliśmy w mieście biuro proponujące dodatkową atrakcję - zwiedzanie miasta Frutillar, co tak naprawdę można o wiele taniej zrobić samemu. Ceny wyjściowe były jednakowe, natomiast w jednym z biur na dworcu wystarczyło wyrazić zainteresowanie konkretną wycieczką, by uzyskać zniżkę (z 7 na 6 USD) - jak się później okazało, w porcie było taniej o tę "utargowaną" kwotę.
    Natomiast w San Pedro warto było sprawdzić ceny w poszczególnych biurach, bo bez szczególnej straty na komforcie zaoszczędziliśmy ponad 4 USD na każdej osobie - wykupując wycieczkę do gejzerów.
    Południowcy wykazują się większym "talentem" organizacyjnym niż Chilijczycy z Północy. W Puerto Montt wszystkie biura mają zbiórkę w tym samym miejscu i o tej samej godzinie, dzięki czemu właściciele spędzają wiele czasu na wyciąganiu swoich klientów z autobusów konkurencji. W San Pedro kierowcy mieli listę z adresami i po każdego przyjeżdżali pod hotel czy camping.        powrót
(A)
Pamiątki - oczywiście w każdym mieście znajdują się sklepiki z pamiątkami (artesania - rzemiosło artystyczne), czasem zgrupowane w targ zwany Feria Artesania, po naszemu - Sukiennice. Trudno znaleźć coś, co osobie postronnej od razu kojarzyłoby się z Chile, najczęściej są to przedmioty, które coś mówią tylko tym, którzy odwiedzili dany region - miniaturowe drewniane palafitos na południu, czy kamienna dzwonnica z Toconao na północy. Zdarzają się rzeczy, które mogłyby być sprzedawane w każdym miejscu, choć jest też trochę rzeczy egzotycznych, po prostu z Ameryki Południowej (torebki wyszywane koralikami, prosto z Peru, grzechotki z kaktusa czy fujarki) lub znad oceanu (wszelkie zwierzątka zrobione z muszelek). Na pewno unikalna jest biżuteria, z lapis lazuli, bambusów, muszli i ceramiki oraz wyroby z wełny (od rękawiczek i kapeluszy, aż po pancza).      powrót
(A)


Ta strona mogła powstać dzięki uprzejmości firmy Tytanet

Wszelkie pytania i uwagi odnośnie wyprawy lub strony należy kierować do Pawła Kwaśnika
Kraków  III 1999r.