Powrót do strony głównej.       Powrót do poprzedniej strony.

Akcja górska.

    4 stycznia 1999 r. Dojazd do Puenta del Inka.
    Dziś zaczynamy. Pakujemy ostatnie potrzebne rzeczy i wychodzimy przed budynek. W hotelu zostawiliśmy depozyt - głównie letnie ubrania. Pakunków i tak mamy bardzo dużo (głównie jedzenie). Oprócz plecaków każdy coś niesie w rękach. Idziemy do metra. Ale niestety, strażnik przy bramce nie pozwala nam przejść - mamy za dużo pakunków. Wyjaśnił nam, że metro jest ciasne i jest przeznaczone dla ludzi a nie takiej ilości bagażu... Wychodzimy na górę, telefonicznie zamawiamy taksówkę bagażową (mamy coraz mniej czasu...), pakujemy do niej plecaki i pakunki oraz kilka osób, a reszta "na pusto" do metra. W terminalu autobusowym jesteśmy na kilka minut przed odjazdem autobusu. Ale zdążyliśmy. Autobus na szczęście ma duży bagażnik... Wsiadamy do klimatyzowanego wozu i od razu ruszamy. Jedziemy w Andy!
Serpentyny w drodze na przełęcz    Na początku przez ciasne uliczki miasta, potem płatnymi autostradami, następnie bardzo krętą drogą z długimi tunelami. Widoki robią się coraz ciekawsze, nic nie może oderwać nas od okien. A na przełęcz wjeżdżamy tak zakręconymi serpentynami, że trudno w to uwierzyć!
    Na przejściu granicznym jest bardzo zimno, żal opuszczać klimatyzowane wnętrza. Przy okienkach znów wypełniamy jakieś formularze. Potem paszporty, pieczątki i jedziemy 10 min. do granicy Argentyńskiej. Konduktor zbiera na łapówkę (tzn. napiwek ;-) dla celników. Jako grupa dajemy 20 USD i wyjaśniamy mu że lepiej by było, aby nasze bagaże nie były przeszukiwane. Do Argentyny nie wolno wwozić żywności (która jest tam trzy razy droższa). Na szczęście konduktor zna się na swojej robocie, pogadał z właściwymi celnikami i nasze bagaże (w przeciwieństwie do wszystkich innych) nie były nawet wyciągane z autobusu. Musimy tylko odmarznąć swoje na granicy (papierki, pieczątki) i jedziemy dalej. Dwie minuty później wysiadamy w Puente del Inka. Jesteśmy na wysokości ponad 2700 m n.p.m.
    Dopadamy naszych plecaków i nareszcie możemy się ciepło ubrać. Czeka tu na nas Andres - człowiek z firmy mulniczej Fernanda Grajalesa (czyt. Grahalesa). Dostajemy od niego nasze permity. Pokazuje nam gdzie możemy rozbić namioty i skądKamienny most Inków brać wodę. Na pakowanie mułów umawiamy się z nim na jutro. Robi się późno, rozbijamy namioty i robimy kolację. Każdy podmuch wiatru wznieca tumany kurzu, przez najbliższe tygodnie kurz będzie nam towarzyszył wszędzie.
    Idziemy obejrzeć naturalny most skalny (Puente del Inka czyli Most Inków) oraz dobrze zachowane ruiny starego sanatorium, zbudowanego (nie przez Inków) na gorących źródłach. Wszystko jest żółte od naniesionych przez wodę minerałów.

    5 stycznia. Droga do Confluencji.
    Noc była wietrzna i zimna. Rano część z nas idzie się wykąpać w źródłach. O wczesnej porze nie ma tu jeszcze turystów zmotoryzowanych, którzy za kilka godzin zrobią tu tłum. Po śniadaniu dzielimy swoje bagaże na te, które pojadą na mułach (zobaczymy je za trzy dni) i te które będziemy nieść na plecach... Muły biorą przede wszystkim jedzenie na trzy tygodnie oraz większość sprzętu i paliwa. Każdy pakunek jest dokładnie ważony, ale zmieściliśmy się w limicie - sześć mułów zabierze 360 kg naszego ładunku. Reszta idzie z nami.
    Andres podwozi nas swoim pick-up'em pod bramę Parku Narodowego Aconcagua (ok. 5 km w górę doliny). Strażnicy wpisują nas do księgi, sprawdzają pozwolenia i zezwolenia od rodziców dla najmłodszych (tzn. tych którzy nie ukończyli 21 roku życia). Dostajemy od nich schematyczne mapki i numerowane worki na śmieci - należy je przy powrocie zwrócić zapełnione. Ostatnie smarowanie kremem i ruszamy.
    Idziemy głęboką, szeroką doliną. Na początku jest płasko ale za mostem (po ok. 40 min.) zaczyna się łagodne podejście. I tak przez trzy godziny. A z nieba leje się żar!
    W głębokim wąwozie jest obóz Confluencia. Namiot strażników, maszt antenowy i dziesiątki małych kolorowych namiotów. Tutaj rozbijamy się na noc. Jesteśmy na wysokości ponad 3300 m n.p.m. Niektórzy z nas mają w nocy pierwsze kłopoty żołądkowe.

    6 stycznia. Spacer do Plaza Francia.
    Dziś w planie mamy wycieczkę aklimatyzacyjną. Boczną doliną podchodzimy pod południową ścianę Aconcagua, do Południowa ściana Aconcaguamiejsca zwanego Plaza Francia. Teraz jest tu pusto, ale w sezonie wspinacze z tego miejsca startują na lodowo-skalne trasy.
    Droga prowadzi dnem szerokiej doliny, po zasypanym przez kamienie i głazy lodowcu. W upale maszerujemy po wszędobylskim czerwonym pyle. Po pięciu godzinach dochodzimy do wysokości 4200 m n.p.m. Niektórzy z nas po raz pierwszy są "tak wysoko" i czują to. Robimy zdjęcia południowej ścianie i możemy wracać. W dół idziemy tylko dwie godziny. Kolacja i do spania.

    7 stycznia. Droga do Plaza de Mulas.
    O świcie zwijamy namioty i ruszamy dalej. Na początek ostre podejście ale dalej jest płasko. Upał jak zwykle. Po drodze musimy się dwa razy przeprawić przez płynącą w tej dolinie rzeczkę. Ludzie preferują różne techniki, od skoków o kijach do zwykłego (ale równie skutecznego) przejścia przez wodę po zdjęciu butów. Woda sięga tylko trochę powyżej kolan. Stan wody zależy od pory dnia, rano jest niski, a od południa do wieczora, kiedy roztopi się więcej śniegu - wyższy. Dziś często mijają nas pędzące stada mułów. Lepiej wcześnie schodzić im z drogi.
    Idziemy (w poprzek) przez wielkie piargi i stożki osuwiskowe, skala tych zjawisk robi na nas wrażenie. Po kilku godzinach,Muły na Plaza przy ceglanych ruinach strażnicy robimy kolejny już odpoczynek. Przed nami przygnębiające podejście - zakosami bardzo ostro pod górę. Najsłabsi marudzą, zastanawiamy się nad biwakiem, ale nie mamy już nic do jedzenia - pojechało na górę na mułach. Do bazy jest jeszcze ok. 1,5 godziny, jakoś namawiamy najsłabszych do ostatniego wysiłku, powoli idziemy dalej. Ale to półtorej godziny jest najgorsze z dzisiejszego dnia... I jeszcze część ekipy zmyliło drogę. Zamiast trzymać się prawej strony doliny i trafić prosto na bazę, część trzymała się środka i poszła w kierunku hotelu. Ten wariant jest dłuższy i bardziej męczący, ale sporo ludzi daje się na niego nabrać i tacy właśnie wydeptali tu drugą ścieżkę.
    Tuż przed zmrokiem rozbijamy namioty. Wszyscy chodzą jak śnięci - zmęczenie i wysokość robią swoje. Jeszcze kolacja i... ubieramy się do spania. Noc bardzo zimna, jesteśmy na wysokości 4300 m n.p.m.
    Jeden z naszych szedł dziś bez czapki i okularów - niestety skończyło się to udarem. Z tym słońcem nie ma żartów!

    8 stycznia. Dzień aklimatyzacyjny.
    Od rana, rękami i pożyczoną łopatą, budujemy w miarę płaskie platformy pod namioty. Nie mało pracy kosztuje też obłożenie namiotów kamieniami - w nocy mocno wiało. Z wielkich kamieni budujemy osłonięte od wiatru kuchnie polowe, i w ogóle dobrze się bawimy.
    Z rozmów z innymi turystami dowiadujemy się, że już dwóch zbyt ambitnych turystów zwieziono w workach na mułach do Puente... Powiało grozą. Trzeba uważać - nie ma co za bardzo ryzykować.
    A ta noc jest jeszcze zimniejsza niż poprzednia.

    9 stycznia. Wyjście na Cerro Bonete.
    Dziś idziemy na bardzo łatwą technicznie wycieczkę. Naszym celem jest niepozorny szczyt Bonete wg mapy 5100 m n.p.m. Przechodzimy obok hotelu i pniemy się pod górę. Idziemy wydeptaną ścieżką przez penitenty i potem po morenie. Ostatnie dwie godziny wchodzimy prawie pionowo do góry po sypkim piargu. Końcówka jest mordercza, ale wreszcie po pięciu godzinach od wyjścia z bazy - stajemy na szczycie. Jest ciepło, wieje lekki wiatr. Robimy zdjęcia panoramy i o ogóle jest świetnie. Doskonale widać potęgę Aconcagua - ale to jest wielka góra! Powrót do bazy zajmuje nam dwie godziny. W drodze na dół jeden z naszych ma znów silne bóle głowy - częsta przypadłość na tych wysokościach. Ostatnie kilkadziesiąt metrów przed namiotami idziemy w padającym śniegu. Wiatr jest coraz silniejszy.
    Wieczorem przyszedł do nas jakiś Amerykanin z wielką siatką. Spytał czy nie chcemy trochę jedzenia i paliwa, bo oni już schodzą a sporo im jeszcze zostało. Bierzemy - jak najbardziej! Dostaliśmy kilka słoików z masłem orzechowym i czekoladowym, dżemy, mleko w proszku i mnóstwo kandyzowanych i suszonych owoców. I oczywiście benzynę. Takie prezenty od św. Mikołaja...
    Noc jest bardzo zimna. Namiot łopata na silnym wietrze jak chorągiew.

    10 stycznia. Przełęcz Horcones.
    Większość z nas robi dziś dzień kondycyjny, ale kilku ambitnie wybiera się na przełęcz zamykającą dolinę. Droga nie jest Paweł na przełęczyprosta. Nie ma żadnej ścieżki, trzeba trochę kluczyć. "Na kreskę" przedzieramy się przez wielkie penitenty - bardzo łatwo można się tu poślizgnąć i zrobić sobie wielką krzywdę... Idziemy po sypkich piargach i w końcu wchodzimy na śnieg. Odbijające się słońce razi po oczach straszliwie - niektórzy zakładają ciemniejsze okulary (spawalnicze). Wieje silny wiatr utrudniający maszerowanie. Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia jest niezwykle męczące - może dzień kondycyjny dzisiaj nie byłby takim złym pomysłem... Ale jakoś wdrapujemy się na przełęcz. Po pięciu godzinach jesteśmy na wysokości około 5000 m n.p.m. Niektórych bardzo boli głowa i z trudem łapią oddech w tym ubogim w tlen powietrzu. Robimy zdjęcia i szybko schodzimy. Powrót zajmuje nam około 3 godziny - najtrudniejsze jest znów przedzieranie się przez penitenty. A także rzeczka która rano była strumykiem teraz pochłania nam trochę czasu...
    Jedna z osób które zostały w bazie bardzo spuchła - wygląda jak Eskimos.
    Chcieliśmy dziś zadzwonić do Polski, ale dowiedzieliśmy się że w niedzielę telefon nie jest udostępniany...

    11 stycznia. Nido de Condors.
    Prawie całą grupą ruszamy dziś na pierwszą trasę po zboczach Aconcagua. Zostają tylko ci którzy się źle czują. Celem jest przełęcz Gniazdo Kondorów ok. 5300 m n.p.m. Stromymi zakosami bardzo szybko nabieramy wysokości. Po drodze mijamy dużą grupę ludzi powoli idących w dół - na noszach niosą ciało kolejnej tegorocznej ofiary (później dowiadujemy się, że turysta ten zgiął z powodu odwodnienia - za mało pił i szybko osłabł). Wszyscy zrobili się poważni i zamyśleni...Baza Kanada
    Po drodze przechodzimy obok małego obozu Kanada. Znajduje się na wysokości ok. 4900 m n.p.m. i dla niektórych turystów jest etapem przejściowym między bazą a Nido de Condors.
    Idziemy coraz wyżej i coraz wolniej. Niska zawartość tlenu daje się we znaki. Człowiek bardzo szybko się męczy i walczy z bólem głowy. Strasznie wysoka ta góra... Dziś nas pokonała - z jedenastu osób do przełęczy doszły cztery.
    Za to w dół schodzi się bardzo szybko. Na bazie można normalnie oddychać, a ból głowy sam przechodzi.
    Wieczorem odwiedził nas kolejny św. Mikołaj. Po tej wizycie obżeramy się suszonymi owocami i słodyczami - to dopiero frajda!
    A noc była bardzo zimna.

    12 styczeń. Rozdzielamy się.
    Dla większości dziś jest dzień kondycyjny. Członkowie Harcerskiego Klubu Górskiego "YETI" spotykają się w swoim gronie i odprawiają tajemnicze obrzędy... (przyjęcie nowego członka i "awansowanie" kilkorga osób o dłuższym stażu klubowym)
    Dziś także trzy osoby schodzą w dół - wracają do Santiago. Dla nich góry są górami, chcą jednak zobaczyć jeszcze inne atrakcje Ameryki Południowej. Schodząc, zabierają swoje rzeczy (łącznie ze śmieciami w workach dla strażników) ale również biorą z sobą ładną pogodę.
    Zaczyna padać śnieg, który wprawdzie szybko topnieje, ale i tak baza przez chwilę jest cała biała.
    Naradzamy się i próbujemy jak najdokładniej rozplanować grafik wyjść na najblizsze dni, tak aby nikomu nie brakło miejsca do spania ani w bazie, ani na Nido de Condores.

    13. stycznia. Ponownie na Nido
    Rano temperatura jest na tyle niska, że oddechy śpiących w bardzo szczelnych namiotach vauDe zamieniają się w szron. W związku z tym, w ramach pobudki niektórzy mają opad śniegu wewnątrz namiotu. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Bardzo.
Namiot na Nido    Za to już w południe jest tak gorąco, że za całe ubranie wystarczają majtki i okulary. Ponieważ jednak nie jesteśmy na plaży, pakujemy się i wychodzimy sześcioosobową grupą. Powyżej Canada Camp pogoda się psuje, zaczyna mocno wiać i sypać gęstym śniegiem. Widoczność drastycznie spada i robi się nieprzyjemnie. Dwóch naszych postanawia zejść - jeden ma silne bóle głowy, a drugi biegunkę. A chorowanie na 5400, przy brzydkiej pogodzie, nie należy do przyjemności.
    Pozostali docierają na 5200 - Alaska Camp i tam nocują. Mają dwa trzyosobowe namioty szturmowe na czterech, warunki niemal komfortowe, gdy nagle okazuje się, że do jednego z nich.... nie wzięli rurek! Układają się więc warstwowo w namiociku, który mieści maksymalnie 3 osoby i tak spędzają noc, bynajmniej nie odpoczywając, bo w takich warunkach jest to niemożliwe.

    14. stycznia. Czekamy.
    Rano trzeba było odkopać namioty, bo w nocy spadło bardzo dużo śniegu. Nasze plany na dziś nie są zbyt ambitne: czekamy, aż zejdzie ta czwórka z góry, bo przecież na razie nic o nich nie wiemy, a pogoda na górze wygladała naprawde źle. Taki nadprogramowy dzień kondycyjny: brydż i scrabble z przerwami na posiłki. Wreszcie, po nerwowym przedpołudniu, schodzą nasi. Jeden z nich dotarł aż do Camp Berlin, na 5800 - 5900 i zostawił tam część prowiantu i jeden namiot. Naradzamy się i postanawiamy jutro spróbować jeszcze raz, też w sześć osób, tylko w innym składzie. Pogoda na górze podobno się poprawiła.

    15. stycznia. Nocleg na Nido de Condores.
    Ruszamy tuż po godzinie 12. Tempo mamy różne, różnie się czujemy, ale idzie się całkiem dobrze. Dwóch z nas dociera na Nido już po 4 godzinach, rozbija namioty ( jeden wnieśliśmy, a drugi był tam "zdeponowany" pod skałą ) i na głodnego czeka na resztę. Na głodnego, bo tamta czwórka ma gaz i jedzenie. Przychodzą dopiero o ósmej wieczorem! Apetyty nam dopisują, wcześniejsze dolegliwości związane z wysokością ( bół głowy, pszyspieszony oddech ) szybko ustąpiły.
    Póżnym wieczorem obserwujemy przepiękny zachód słońca. Niesamowicie wyglądają fantastycznie pokręcone skały Nido na tle feerii barw: bieli śniegu, tęczowego pasa tuż nad równiną chmur oraz granatu i czerni rozgwieżdżonego nieba.

    16. stycznia. Wyżej i wyżej.
    Noc przebiegła spokojnie, nikt nie chorował, chociaż chwilami trudno było oddychać. Około godziny 13. dochodzi jeszcze jeden z naszej ekipy, a piątka schodzi do Plaza de Mulas. Po godzinie pozostała dwójka rusza wyżej. Cel: co najmniej Camp Berlin, a najchętniej Białe Skały. Idzie się ciężko, bardzo żle się oddycha.
    Po niecałych dwóch godzinach dochodzimy do drewnianych schronów Camp Berlin. Jest zimno i pada coraz gęstszy śnieg, decydujemy się jednak iść dalej. Niestety, daleko nie dochodzimy, bo pogoda robi się naprawdę paskudna. Rozbijamy więc namiot tuż obok najwyżej położonego baraku; obok jacyś ekstremaliści śpią wprost na ziemi, w śpiworach i płachtach biwakowych. Wszędzie leży śnieg albo stoją kałuże. Zrywa się silny wiatr, niosący tumany śniegu, widoczność - kilka metrów, no i robi się bardzo zimno, zakopujemy się więc w śpiworach. Po kolacji usiłujemy zasnąć, ale nie jest to takie proste, bo oddycha się naprawdę ciężko. W końcu jednak udaje nam się. Na następny dzień planujemy przeniesienie się z namiotem do Białych Skał lub nawet Independencii.

    17. stycznia. Załamanie pogody i odwrót.
    Z naszych planów nici; szlak jest całkiem zasypany, śnieg pada cały czas i niewiele widać. Według prognoz ratowników ma padać jeszcze przez dwa dni. Nie ma na co czekać na tej wysokości, więc choć z żalem, decydujemy się zejść do bazy. Zresztą wszyscy, którzy mogą schodzą w dół i nam radzą to samo.
    Ścieżka jest całkiem zasypana i chwilami nie wiadomo którędy prowadzi. A wiatr, który sypie śniegiem w oczy wcale nie ułatwia orientacji. Mniej więcej w połowie drogi do Nido spotykamy kilkuosobową grupę eskortującą siedemdziesięciotrzyletnią Amerykankę. Pani chciała być najstarszym zdobywcą Aconcagua, ale pogoda jej ten zamiar udaremniła. (Udało jej się to kilka lat wcześniej na Kilimandżaro). Pomogliśmy najlepiej jak umieliśmy; kiedy owa pani dotarła do Nido już czekała na nią herbata. Jest tam trójka naszych. Schodzimy w oddzielnych grupach. Im niżej, tym warunki są lepsze, więc nie ma niebezpieczeństwa; poza tym cały stok aż roi się od schodzących turystów.
    Spotykamy się wszyscy wieczorem w Plaza de Mulas. Paweł, który pomagał starszej pani zejść do samego dołu przyjął jej zaproszenie na kolację. W namiocie przewodników andyjskich poznał pewnego Hiszpana, który aby ustanowić rekord Guinnessa, spedził w namiocie na szczycie Aconcagua aż... 66 dni!

    18. stycznia. Zasłużony dzień kondycyjny.
    Zdecydowana większość naszej ekipy spędza dzień w bardzo przyjemny, scrabblowo-brydżowy sposób; tylko jeden Plaza de Mulas w śniegudesperat wyrusza na Nido z zamiarem późniejszego ataku szczytowego. Reszta gremialnie odpoczywa, czas płynie powolutku.
    Dopiero około 22. ma miejsce niebezpieczne i emocjonujące zdarzenie. Otóż w namiocie Holendrów, który stał jakieś 20m od nas, wybuchł pożar. Przyczyną była nieszczelność zaworu przy lampie gazowej. Namiot nie spłonął całkowicie, gdyż był to stary namiot z grubego brezentu, poza tym zaraz zbiegli się ludzie, aby pomagać w gaszeniu. Na jednym z Holendrów zapaliły się spodnie, ale na szczęście szybko je ugasił rzucając się do płynącego tuż obok strumyczka. Szybko zakładamy mu z Pawłem opatrunek na oparzoną łydkę, a zaraz potem zajmują się nim medycy z punktu sanitarnego. Po tym emocjonującym zakończeniu dnia idziemy spać.

    20 stycznia. Ostatnia próba.
    Rano na przełęczy Nido de Condores  świeci słońce, ale od wieczora wiatr zmienił kierunek i z daleka ciągną ciemne chmury. W ciągu godziny pogoda się zdecydowanie popsuła, zaczął padać śnieg. Dwójka na przełęczy (Artur i Wojtek) postanawia przeczekiwać, ale pogoda z godziny na godzinę psuje się coraz bardziej. Przyszły chmury, widoczność się pogorszyła i wiatr wzmaga się coraz bardziej - robi się regularna zawierucha. Śniegu jest coraz więcej, namiot jest już w 1/3 przysypany. Po południu decydują się w końcu schodzić na dół do bazy - nie ma nadziei na poprawę pogody.
    W tym czasie Paweł, powyżej Berlina, walczył w głębokim po pas świeżym śniegu. Po noclegu w Berlinie wyszedł w górę z dwójką argentyńczyków. Dotarli aż do Canalety ale musieli zawrócić. Jego towarzysze nie byli w stanie iść dalej. To by było na tyle...
    Na wysokości około 6.600 m n.p.m. Paweł zawrócił po raz ostatni. Gdyby nie śnieg (i zdrowy rozsądek) szczyt byłby dziś zdobyty. Ale niestety - pogoda na to nie pozwoliła (do tego dnia przez najbliższy tydzień żaden człowiek nie stanął na szczycie - niewyobrażalne załamanie pogody!).
    Wiejący wiatr i padający śnieg w ciągu dwóch godzin  zupełnie zawiał ich ślady i musieli torować w śniegu również w dół. Do Berlina doszli bardzo wycieńczeni. Przysłowiowymi resztkami sił. Tą noc też spędzą w tym obozie.
    Wieczorem w bazie kiepskie nastroje. Już wiemy , że raczej nie mamy szansy na wejście na szczyt (chyba że Paweł... - nie mamy z nim łączności i nie wiemy co dzisiaj robił). Za pięć dni kończy się nam ważność permitu, a ta ilość śniegu, która napadała u góry tak szybko się nie stopi.

    21 stycznia. Namioty!
    Zgodnie z ustaleniami z wczorajszego wieczora, trzy osoby ruszają na Nido de Condores, Paweł jest gdzieś u góry, a pozostała czwórka zbiera siły w bazie. Celem wyjścia na przełęcz jest zniesienie na dół namiotu i wyposażenia. Pogoda jak na ironię jest tym razem bardzo ładna ale leży dużo świeżego śniegu. Po południu nieoczekiwanie dla nas schodzi do bazy Paweł i opowiada o wczorajszej próbie wejścia. Niestety nie był w stanie dzisiaj zwinąć namiotu stojącego w Berlinie - po opadzie śniegu fartuchy namiotu pokryły się grubą warstwą lodu i  przymarzły do podłoża. Potrzebny byłby czekan i parę godzin czasu na walkę z lodem. Trzeba będzie specjalnie wyjść tam jeszcze raz żeby zwinąć namiot.
    Dwie godziny później następna zła wiadomość: wraca trójka z góry - musieli zawrócić bo w świeżym śniegu nie zdołaliby dojść do przełęczy w czasie umożliwiającym powrót do bazy przed nocą. No to jutro trzeba będzie powtórzyć też wyjście na przełęcz.

    22 stycznia. Zmęczenie.
    Trzy osoby wychodzą dzisiaj z bazy  do góry po namioty: Paweł do Berlina a Jarek z Jolą na Nido. Spodziewamy się ich z powrotem jutro. Pogoda niestety kiepska - wiatr i śnieg - będzie im ciężko.
    Jarek z Jolą wrócili niestety już po kilku godzinach. Doszli zaledwie do wysokości 5000 m i nie mieli siły iść dalej. Głęboki śnieg dał im się bardzo we znaki. Zdaje się, że zwinięcie górnych obozów będzie większym problemem niż do tej pory sądziliśmy.
    Paweł też nie doszedł do wyznaczonego celu, zdołał dojść tylko do Nido de Condores i tutaj będzie nocował a jutro pójdzie wyżej, do Berlina.

    23 stycznia. Koniec.
    Kolejna ekipa wychodzi dzisiaj żeby zlikwidować obóz na przełęczy. Idzie pięć osób, wychodzą jeszcze przed wschodem słońca. Pogoda początkowo dobra, później tradycyjnie się psuje i zaczyna padać śnieg. Na przełęcz docierają tylko trzy osoby i to dopiero o trzeciej po południu. Okazuje się, że ten namiot też jest mocno przymarznięty do kamieni. Mocują się z nim dwie godziny w zamieci śnieżnej. W końcu z pomocą czekanów i biwakujących tam amerykanów udało się go oderwać i zwinąć. Zejście w dół do bazy też nie jest spacerkiem bo pogoda ani myśli się poprawiać i do bazy docierają solidnie zmęczeni.
    Paweł po noclegu na Nido de Condores zostawił część rzeczy na przełęczy i w miarę na lekko wyszedł do Berlina. Po paru godzinach walki z przymarzniętym namiotem udało mu się oderwać go od podłoża - niestety mocno potargany. Zabrawszy wszystko na plecy schodzi na dół. Do bazy dociera tuż przed zmrokiem.
    To już koniec akcji górskiej. Wieczorem umawiamy się z mulnikami na transport bagażu do Puente del Inka.

    24 stycznia. Opuszczamy bazę.
    Od rana, jak na złość,  zapowiada się piękny, słoneczny dzień, podczas gdy my musimy już schodzić. Powoli zwijamy bazę, pakujemy plecaki, przygotowujemy ładunki do transportu w dół na mułach. Tak jak poprzednio odbywa się ważenie ładunków - tym razem, łącznie ze śmieciami, mamy 180 kg, a więc zmieści się to na trzech mułach. Jeszcze ostatni posiłek na Plaza de Mulas i ruszamy w dół.
Pierwsze kwiatki   W pięknej pogodzie powoli schodzimy doliną Horcones. Widoków jest jakby więcej, ale to chyba dlatego, że pot nie zalewa nam oczu tak jak po drodze w górę. Trochę problemów mamy przy przekraczaniu rzeki - jest późne popołudnie i stan wody jest najwyższy w ciągu doby - ale po dłuższym poszukiwaniu udaje się nam znaleźć miejsce gdzie można ją w miarę łatwo przejść. Jesteśmy zdziwieni ilością widocznych roślin. To zupełnie inny krajobraz niż dwa i pół tygodnia temu. Wszędzie spomiędzy kamieni wyłażą drobne rośliny, niektóre z nich kwitną. Załamanie pogody, które tak nam się dało we znaki na górze, tutaj spowodowało większy napływ wody i tak bujny rozwój roślinności. Do Confluencii docieramy pod wieczór - tutaj spędzimy ostatnią noc w górach.

    25 stycznia. Znów Puente del Inka.
    Ostatnie kilka kilometrów doliny Horcones schodzimy w nadal pięknej pogodzie i z imponującym widokiem na południową ścianę Aconcagua za plecami. Przy bramie Parku Narodowego strażnicy kontrolują nasze permity i czy znosimy swoje śmieci. Potem jeszcze kilka kilometrów ścieżki do Puente del Inka. Nasze ładunki jeszcze nie dotarły tutaj, więc czekając na nie rozbijamy namioty i robimy obiad. Załatwiamy też transport na jutro do Santiago. Ku naszemu zdziwieniu zajmuje się tym kierownik restauracji hotelowej. Muły zjawiły się dopiero o ósmej wieczorem. Szybko odbieramy ładunki, płacimy i wreszcie możemy pobiec kąpać się do ciepłych źródeł. Po trzech tygodniach korzystania tylko z lodowatej wody w potoku, te gorące źródła siarkowe są wielką przyjemnością. Pławimy się w wodzie bez końca.

    26 stycznia. Do Santiago.
    Autobus, a właściwie mikrobus, którym mamy jechać do Santiago czekał już rano przed hotelem. Ładujemy plecaki na dach i jedziemy. Jedzie z nami trójka amerykanów. Im też nie udało się wejść na szczyt. Jeden z nich mówi dobrze po hiszpańsku i później okaże się bardzo pomocny na przejściu granicznym i w samym Santiago. Powtarza się scenariusz przekraczania granicy z drogi w tą stronę: kontrola dokumentów, wypełnianie formularzy, "napiwek" (w tą stronę po chilijskiej stronie granicy), brak kontroli bagażu. Tym razem nie mamy nic do ukrycia, ale celnik wręcz otwarcie domaga się pieniędzy. Nie mamy ochoty sprawdzać co by było gdybyśmy nie dali. Pozostała część drogi upływa nam na oglądaniu widoków.

powrót na początek strony
Ta strona mogła powstać dzięki uprzejmości firmy Tytanet

Wszelkie pytania i uwagi odnośnie wyprawy lub strony należy kierować do Pawła Kwaśnika
Kraków  V 1999r.